Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantastyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2016

"Wróżbiarze" (rec. 117)


Tytuł: Wróżbiarze
Tytuł oryginału: The Diviners
Seria: Wróżbiarze (tom 1)
Autor: Libba Bray
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 624
Data wydania: 28 listopada 2012











Libbie Bray przyniósł rozgłos już jej debiut, Mroczny sekret, początek trylogii Magiczny krąg. Wróżbiarze to jej szósta powieść. Napisała jednak wiele sztuk i opowiadań, które, jak sama mówi, "nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego". Rajskie życie utożsamia z siedzeniem w ulubionej kawiarni z notebookiem i filiżanką gorącej kawy.


Lata 20. Ucieczka z małego miasteczka w Ohio do Nowego Jorku, choć miała być karą, jest dla Evie O'Neill spełnieniem marzeń. Nigdy nie pasowała ona do grzecznego sąsiedztwa i surowych reguł, których kazano jej przestrzegać. W wielkim mieście może wreszcie odnaleźć swój świat - świat pełen zabawy, alkoholu i tancerek rewiowych.
Jednak cudowny Nowy Jork ma też swoją mroczną stronę. Gdzieś w otchłaniach opuszczonych budynków budzi się dawny koszmar. Wkrótce zaczynają ginąć ludzie. Zbrodnie są okrutne i makabryczne, lecz starannie zaplanowane. Jaki związek z nimi może mieć Evie? I czym okażą się być jej sekrety i umiejętności odczytywania ludzkich tajemnic?


Jedno z największych czytelniczych zaskoczeń, które ostatnio przeżyłam. Bo sami powiedzcie - czego można się spodziewać po książce z kategorii literatury młodzieżowej, której głównymi tematami są magiczne moce i odkrywanie uroków nocnego świata Nowego Jorku oczami nieodpowiedzialnej osiemnastolatki, która, rzecz jasna, ma ową tajemniczą moc? Może dodam jeszcze, że ta nasza urocza i niezwykle irytująca bohaterka ma swój udział w łapaniu zabójcy, który wzoruje się na jakiejś starej księdze. I co, nadal chcecie przeczytać tę książkę? A co powiecie, gdy dodam, że ową powieść znalazłam na stronie księgarni internetowej za osiem złotych?
Tak, pozory mogą mylić. I to jak. Bo pomijając kilka niedociągnięć, ta książka jest naprawdę przyjemna. I naprawdę bardzo miło spędziłam czas, czytając ją. Bo może nie jest to lektura wybitna, która zmusi was do głębokich rozważań, lecz z pewnością może wciągnąć was w swój świat, zaciekawić i sprawić, że naprawdę polubicie żyjące w nim postacie. 

Największą wadą tej książki jest w moim odczuciu sama główna bohaterka - Evie. Posiada ona ]paletę najróżniejszych wad, które kłują mnie w oczy jak igły. Nienawidzę osób zadufanych w sobie. Nienawidzę osób egoistycznych. Nienawidzę osób, które myślą, że wiedzą wszystko i że ich zdanie jest najważniejsze. A Evie jest właśnie taką osóbką. Chwała Bogu, że wraz z rozwijającą się akcją zmienia się na lepsze. Przestaje być pustą dziewczyną, której głównym celem życiowym jest imprezowanie i picie dżinu. Bo nie wiem, czy wytrzymałabym z "początkową Evie" całe te 624 strony.

Wróżbiarze posiadają bardzo dużo wątków i postaci, z których niektóre w pierwszej części serii zostały ledwie przedstawione. Tytułowych Wróżbiarzy jest tu bardzo mało, oprócz samego faktu, że są. Choć nawet niektórzy nie wiedzą, że nimi są. Fabuła kręci się wokół Paskudnego Johna, czyli okrutnego zabójcy, którego próbują dorwać wszyscy, choć nikt nie umie. Historia Paskudnego Johna była bardzo intrygująca, mimo że uważam jego postać za trochę jednowymiarową. Żałuję, że autorka nie przedstawiła go bardziej jako człowieka, człowieka ze słabościami i żywymi myślami. Był po prostu potworem. I choć lubię grozę, ten zabieg niezbyt mi się podobał.
Wracając do samych Wróżbiarzy, bardzo głupim wydaje mi się postanowienie, by stworzyć ich wszystkich (no cóż, przynajmniej tych ważniejszych):
  1. Mających po tyle samo lat.
  2. Mieszkających w tym samym mieście.
  3. Znających się nawzajem.
  4. Nie znających się na tyle, by wiedzieć, że inni też są Wróżbiarzami.
Nie wiem jak w waszym odczuciu, lecz dla mnie wydaje się to po prostu zbyt nieprawdopodobne, by rzeczywiście mogło mieć miejsce.

Dobrze, ponarzekałam, teraz czas przejść do mniej przyjemnych rzeczy. Po pierwsze - bohaterowie. Oprócz wyżej wspomnianej Evie, naprawdę ich polubiłam, choć czuję, że nie całkiem poznałam. Cieszę się, że autorka postanowiła ich uczłowieczyć - przedstawić nam ich myśli, byśmy sami ocenili, kim są, a nie robili tego, kierując się zdaniem Evie. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach Libba Bray ujawni trochę więcej tajemnic z ich przeszłości.

Po drugie - sama fabuła. Do stylu pisania autorki nie mogę się nijak przyczepić, gdyż pisała ona w bardzo przystępny i fajny sposób (zwłaszcza podobały mi się opisy, hmm, zjawisk? Nadal pamiętam fragment, który został opowiedziany przez wiatr). Lecz akcja, choć w opiniach wielu zbyt długa i nudna, dla mnie była bardzo ciekawa. Podobało mi się samo szukanie mordercy (do którego miałam początkowo wiele wątpliwości), jak również myśli i wspomnienia bohaterów. Brakuje mi jednak akcji związanej z samą naturą Wróżbiarzy, jak również z przedziwnymi wizjami, które ich nawiedzały.
Pozytywnie zaskoczył mnie okultyzm i różne apokaliptyczne smaczki, które autorka dodała do swej powieści. Podoba mi się, że zbrodnie były okrutne i makabryczne, oraz to, że wybory następnych ofiar wcale nie były tak oczywiste i łatwe do przewidzenia.

Podsumowując, Wróżbiarze mają swe wady, mają jednak wiele zalet. Jeśli lubicie młodzieżówki, tajemnice i mrok upakowane w tak pokaźne rozmiary, śmiało zabierzcie się za lekturę. Ja czasu spędzonego z powieścią na pewno nie żałuję.

Ocena: 7/10.

środa, 20 kwietnia 2016

"Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (rec. 114)


Tytuł: Harry Potter i Kamień Filozoficzny
Tytuł oryginału: Harry Potter and the Philosopher's Stone
Seria: Harry Potter (tom 1)
Autor: J. K. Rowling
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 324
Data wydania: 10 kwietnia 2000











J. K. Rowling nie trzeba przedstawiać. Jej najpopularniejsza seria również jest Wam bardzo dobrze znana. Joanne wpadła na jej pomysł, gdy czekała na spóźniony pociąg. Po napisaniu kilku rozdziałów chodziła od wydawcy do wydawcy, jednak każdy odmawiał wydania jej powieści. W końcu pewien wydawca dał je do przeczytania swojej młodszej córce, którą wprost zachwycił świat czarodziejów. Wkrótce opowieść o Chłopcu, Który Przeżył rozrosła się do siedmiu tomów, zdobyła miliony oddanych fanów i zrobiła Rowling pierwszym damskim pisarzem, który zarobił miliardy.


Tego, co napiszę, nie mogę za bardzo nazwać recenzją. To bardziej... przemyślenia. Bo przecież każdy wie, kim jest Harry Potter, Chłopiec, Który Przeżył. Miłośnicy książek dzielą się na tych, którzy go kochają, na tych, którzy go nienawidzą i na tych, którzy nigdy nie zechcą go poznać. Każdy jest jednak w swoim przekonaniu utwierdzony. Ci, którzy nie przeczytali i nie zamierzają tego zmienić, pewnie ominą moją recenzję, sprawdzając tylko, czy jest pozytywna, czy wręcz przeciwnie. Nie zdołam zmienić niczyjego nastawienia do tej pozycji. A jednak, nadal pragnę o niej napisać.

Harry Potter i Kamień Filozoficzny jest dla mnie ważny z pięciu powodów:
  1. To jedna z pierwszych książek, jakie przeczytałam w całym moim życiu.
  2. To jedna z pierwszych książek, dzięki którym pokochałam czytanie i odkryłam magię wynikającą z przeżywania kolejnych żyć na tych niepozornych białych stronach.
  3. To historia, która stała się jedną z największych inspiracji mojej młodszej wersji - kazała jej pisać swoje pierwsze teksty i odkrywać wspaniały świat magicznych stworzeń i czarów, o których naprawdę wiele, wiele książek znajduje się na mojej półce.
  4. To jedna z pierwszych historii, przy której śmiałam się i płakałam, a moje serce rosło i pękało.
  5. To pierwsza książka, którą mogłam odkryć na nowo - przeczytać po raz drugi.
Do ponownego przeczytania Harry'ego zachęcił mnie maraton wszystkich filmowych części, który ostatnio sobie urządziłam. Dzięki niemu na nowo odkryłam moją miłość do tej serii, do jej bohaterów i przede wszystkim wspaniałego świata, który stworzyła Rowling. Postanowiłam, że muszę natychmiast zabrać się za książki. I nie żałuję. Sama jestem w olbrzymim szoku, jak wiele fragmentów i niuansów uciekło mi przez te kilka lat od ostatniego czytania. W ich nieistnieniu utwierdziły mnie oczywiście filmy, które, chociaż kocham, to muszę przyznać, że pokazują tylko najważniejsze fragmenty fabuły i przez to ta cała magia... może uciec, może nie wystarczać. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam czytać o takich rzeczach jak uczenie się nowych zaklęć, mecze quidditcha czy nawet kupowanie książek do zielarstwa! Takie szczegóły, których nie można znaleźć na ekranie, sprawiają mi najwięcej radości. Cieszę się, że po tylu latach, po siedmiu książkach i ośmiu wielokrotnie oglądanych filmach nadal mogę znaleźć tu coś nowego, czego tak brakuje mi po skończeniu całego cyklu (bo nie ukrywam, że podobnie jak każdy fan Harry'ego, po prostu czasami tęsknię za tą historią).

Dla mnie Harry to przede wszystkim niesamowity świat, w którym tak cudownie byłoby się znaleźć, ukochani bohaterowie i przekaz. Wiem, że jest to książka kierowana przede wszystkim do dzieci, ale sposób jej napisania trochę mi przeszkadza. Czyta się ją bardzo szybko i lekko, to prawda, ale bardzo proste zdania i zadawanie sobie pytań przez głównego bohatera (oczywiście wplątując je między zdania, by czytelnik przypadkiem nie zapomniał, czego Harry powinien się dowiedzieć), czyli, prościej mówiąc, podawanie wszystkiego na tacy, odrobinę mnie irytowały i tworzyły tę aurę sztuczności wokół dialogów i opisów zachowań. To jest jedyny minus, jaki dostrzegam w tej historii, jednak na tyle duży, by zmienić ogólną ocenę na nieco mniej pozytywną. Może jestem skończonym draniem, ale po prostu nie potrafię tego ignorować, w końcu styl pisania to jeden z najważniejszych aspektów tworzących historię i, przede wszystkim, jej klimat.

Wciąż trochę ciężko mi oceniać Kamień Filozoficzny jako coś odrębnego, gdy znam już całą opowieść. Mogę stwierdzić, że pod względem wydarzeń to chyba najsłabsza ze wszystkich siedmiu części, jednak ratuje ją ta aura początku, nieporadny Harry, z którym wspólnie wędrujemy przez korytarze Hogwartu, zapoznawanie nas ze światem, do którego tak wspaniale było mi wrócić. Wiem na pewno, że to jedna z książek, w których zawsze odkrywa się coś nowego, która za każdym razem porywa, której każda strona przenosi w zupełnie inny świat. Pozwala, choć na chwilę, na zrzucenie skóry mugola i przeżycie cudownych, magicznych przygód razem z Potterem i jego przyjaciółmi. Mam wielki sentyment do tej powieści i wiem, że już zawsze będzie ona jedną z moich ulubionych, lekiem na zły humor, przypomnieniem o potędze przyjaźni i miłości, ponadczasową historią o odwadze, marzeniach, dobru i złu oraz niezastąpioną przygodą, do której mogę wracać i wracać. Mogę wciąż zmieniać się w tą małą czarownicę, która tak marzyła o przeszukiwaniu wnętrz Ksiąg Zakazanych, wędrowaniu między drzewami Zakazanego Lasu i rzucaniu zaklęć. To jak powrót do domu. To jak coś, co towarzyszyło mi przy niewielu książkach. Może właśnie tylko przy Harrym.

Wciąż wykraczam poza granice tomu pierwszego, lecz nie mogę nie oceniać całości. Harry Potter to cudowna historia pełna nadziei i ciepła. Warto ją czytać i warto do niej wracać. Ja już nie mogę doczekać się ponownego spotkania z Komnatą Tajemnic.

Ocena: 7,5/10.

środa, 16 marca 2016

"Upadek" (rec. 110)


Tytuł: Upadek
Tytuł oryginału: The Fall
Seria: Wirus (tom 2)
Autor: Guillermo del Toro, Chuck Hogan
Tłumaczenie: Krzysztof Skonieczny
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 414
Data wydania: listopad 2015










Guillermo del Toro jest meksykańskim reżyserem, scenarzystą i producentem. To twórca kilku świetnie przyjętych filmów, z których najbardziej znanym jest nagrodzony trzema Oscarami Labirynt fauna. Zainteresował się tworzeniem filmu już w wieku ośmiu lat.
Chuck Hogan jest amerykańskim pisarzem. Za swoją powieść Miasto złodziei otrzymał nagrodę im. Dashiella Hammetta. Książka ta została okrzyknięta przez Stephena Kinga jedną z najlepszych powieści 2005 roku.
Na podstawie serii Wirus powstał serial o tym samym tytule.


Wampiry odebrały ludziom wszystko. Społeczeństwo zdaje się zdawać sobie sprawę z tego, co dzieje się po zmierzchu, jednak media skutecznie apelują o spokój, twierdząc, że coś takiego jak wampiryzm wcale nie istnieje. Kolejne miasta zostają zarażone. Ludziom nie pozostaje wiele nadziei - tylko nieliczni wiedzą, jak się bronić.
Epidemiolog Eph Goodweather próbuje uporać się ze śmiercią żony i za wszelką cenę uchronić przed jej wampirzą postacią jego synka Zacka. Razem z Norą, Fedem i Setrakianem wciąż walczą z okropnymi potworami. Okazuje się, że klucz do zwycięstwa może stanowić tajemnicza, stara księga, Occido Lumen, na którą poluje Mistrz.
Na dodatek, do okrutnej gry dołączają wampiry równe Mistrzowi. Na zbuntowanego wampira, który postanowił wyjść z cienia, poluje bowiem pozostałych sześciu Pradawnych. Starają się pokrzyżować mu plany.
Czasu jest coraz mniej. Wampirza zaraza się rozprzestrzenia. Nikt nie wie, czy ludzkiemu gatunkowi uda się przetrwać kolejne noce.


Może się zmieniłam. Może teraz nie podobają mi się takie książki, w jakich zaczytywałam się kiedyś. Bo Wirusa, pierwszą część trylogii, czytałam już dawno temu i to, co pamiętam, różni się od tego, co dostałam w drugim tomie. Nie mówię, że powieść jest zła, o nie! Nie mówię, że mi się nie spodobała, tylko... nie spodobała mi się aż tak. Przeszkadzało mi w niej kilka dość istotnych wątków i choć z łatwością mogłam zanurzyć się w tym świecie, nie mogłam w nim utonąć, pozwolić, by mnie pochłonął i przejął. Czytanie tej powieści było jak unoszenie się tuż pod powierzchnią, patrząc na to, co dzieje się na dole, ale nigdy nie potrafiąc się tam znaleźć.

Pierwszym, zdecydowanie jednym z ważniejszych aspektów książki, które przemawiają na jej niekorzyść, jest zmiana Epha. Szczerze? Nie mam pojęcia, czy był równie irytujący w pierwszej części, czy wręcz przeciwnie. W Upadku Eph jest bohaterem wyjątkowo płaskim, nierzeczywistym, tekturowym. Dla mnie nie ma on kompletnie żadnych cech charakteru, był najbardziej przeciętnym i niewyróżniającym się człowiekiem, jakiego mogli stworzyć autorzy. O wiele przyjemniej czytało mi się o szczurołapie, Setrakianie, czy Mistrzu.

Upadek do pewnego momentu był dla mnie powieścią, w której działo się wszystko, a równocześnie nie działo się nic. Nie mam pojęcia, co w głównej mierze zajęło te czterysta stron, bo mimo zakończenia, które jest naprawdę świetne, oni tylko walczą, gadają i myślą o tym, jak skończy się apokalipsa. Przez przynajmniej trzysta pięćdziesiąt stron w książce nie ma zwrotów akcji, niespodziewanych, oszałamiających wydarzeń, czegoś, co wzbudziłoby we mnie większe emocje. Jednakże, bardzo łatwo przetrwać te momenty, aż dotrze się do wyczekiwanego końca. Upadek jest jedną z powieści, które można połkąć w jeden, dwa dni. Naprawdę przyjemnie, lekko i szybko się ją czyta. Styl del Toro i Hogana jest prosty, dla niektórych czytelników, takich jak ja, może aż za prosty. Przy tym lekkim piórze mądrości wypowiadane przez Setrakiana czasami wydawały się śmieszne, wtrącone na siłę, byle tylko można wynieść coś z lektury.

Teraz czas przejść do mocniejszych stron książki. Po pierwsze - zakończenie. Może to dziwne, zaczynać od końca, ale to właśnie te ostatnie pięćdziesiąt stron mnie pochłonęło, sprawiło, że znów odczułam prawdziwą przyjemność wynikającą z czytania tej serii, przypomniałam sobie klimat Wirusa. Jak dla mnie zakończenie jest szalenie nieprzewidywalne i daje mi naprawdę wielkie nadzieje na to, że Mrok, zakończenie tej historii, powali mnie na kolana. Równocześnie zakończenie wprowadza nas do zupełnie nowej wersji zdarzeń i świata, którego ludzie mogą się okazać równie brutalni i źli, co wampiry. Sam urok zakończenia, jego niezbyt szczęśliwy wydźwięk, zmusiło mnie do podwyższenia oceny tej powieści.

Po drugie - historia. Jak możecie się domyślić, nie mogę nazwać tej książki arcydziełem, ale pomimo niedociągnięć i tego, że nie może przekazać tak dużo, świetnie bawię się przy tej opowieści. Może to wina mojej miłości do apokaliptycznych światów, które zmuszają bohaterów do okropnych czynów, do zbliżenia się do granicy człowieczeństwa. Może to wina mojej miłości do wampirów ubranych w niepowstrzymaną żądzę krwi, nie świecącą na słońcu skórę czy czarny garnitur. Myślę, że sam pomysł, choć może nie tak oryginalny czy nowatorski, jest ciekawy i mam nadzieję, że autorom uda się wyciągnąć jak najwięcej z części trzeciej, która zapowiada się naprawdę wspaniale.

Bohaterowie, może oprócz kilku wyjątków (każdy wie, kogo mam na myśli) również są pozytywną stroną Upadku. Bardzo lubię Feta, który może w tej części nie istniał tak bardzo, jak istniał w pierwszym tomie i będzie istniał w przyszłości. Bardzo zaciekawiła mnie jego historia, historia, która wzbudza w nim wstyd i odrazę do swojej przeszłości. Mam nadzieję, że ten wątek zostanie rozwinięty.

Uwielbiam historię Setrakiana, która wykrzywiła mu dłonie i uczyniła człowiekiem, którym jest teraz. Del Toro i Hogan nawiązują w niej do II. wojny światowej i Holokaustu. Jest to zabieg, który pięknie wzbogaca opowieść i daje impuls do głębszych przemyśleń. W tej części Setrakian jest ukazany już po koszmarze, gdy próbuje uporać się z tym, co widział, gdy kocha, gdy wybiera drogę swego życia.

Podsumowując, Upadek spodobał mi się zdecydowanie mniej niż Wirus, choć wciąż pozostaje lekturą, przy której miło spędziłam czas, do której chętnie powrócę, gdy na rynku wydawniczym pojawi się Mrok. Jestem bardzo ciekawa zakończenia tej historii i mam szczerą nadzieję, że autorzy mnie nie zawiodą.

Ocena: 6/10.

Serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość zrecenzowania tej powieści!

środa, 21 października 2015

"Scarlet" (rec. 105)


Tytuł: Scarlet
Tytuł oryginału: Scarlet
Seria: Saga księżycowa (tom 2)
Autor: Marissa Meyer
Tłumaczenie: Dorota Konowrocka
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 496
Data wydania: 8 maja 2013











Debiutem amerykańskiej pisarki Marissy Meyer jest Saga księżycowa składająca się z czterech części - Cinder, Scarlet, Cress oraz Winter. Wszystkie powieści nawiązują do baśni, które od zawsze inspirowały autorkę. Dotychczas w Polsce ukazały się jedynie dwie pierwsze części sagi.


Po balu w pałacu Cinder wie, że nie jest bezpieczna. Zdaje sobie sprawę, że Levana nie pozwoli, by ktokolwiek, kto może zagrozić jej pozycji na tronie, żył. Wraz z kapitanem Thornem ucieka z więzienia. Ukrywając swoją prawdziwą tożsamość znika z nim, gdy oboje stają się najbardziej poszukiwanymi przestępcami na Ziemi. Dziewczyna musi przygotować się do walki z królową. W tym celu próbuje znaleźć osobę, która kilkanaście lat temu pomogła jej uciec z Luny.
Spokojne życie Scarlet Benoit zostaje zakłócone, gdy ginie jej babcia. Dziewczyna postanawia samodzielnie ją odszukać, gdy policja decyduje o umorzeniu śledztwa. Na swej drodze spotyka tajemniczego Wilka, który może wiedzieć coś o miejscu pobytu Michelle Benoit. Scarlet nie wie, czy może ufać mężczyźnie, lecz decyduje się z nim współpracować, gdy zdaje sobie sprawę, że Wilk jest jej jedyną szansą na odnalezienie ukochanej babci.


Cztery godziny. Cztery godziny, by się zapomnieć, dać pochłonąć światu okrutnej magii, bitwy o władzę i krwawej miłości. Tę książkę tworzą niesamowite emocje, od złości, przez rozbawienie, aż po rozpacz. Ona ma swój charakter, coś, co sprawia, że na jej wspomnienie chce mi się płakać, coś, co sprawia, że przez kilka dni potrafię żyć tylko nią, opisanymi w niej historiami i wydarzeniami, które jeszcze nie miały miejsca. Bohaterowie złamali mi serce i przez długi czas bawili się jego odłamkami. Ta książka jest na swój sposób idealna. Jest prawdziwą perełką swojego gatunku, czymś, koło czego po prostu nie można przejść obojętnie, co trzeba przeżyć, by zrozumieć. Wciąż jestem zaskoczona, jak oddałam się tej książce, jak ją pokochałam. Przez kilka dni była moją jedyną myślą. Nie mogłam o niej zapomnieć ani na chwilę, wciąż do niej powracałam. To jest rzecz, która udaje się niewielu autorom.

Dwie opowieści, dwie przeplatające się ze sobą historie, dwie bohaterki, które choć nigdy się nie poznały, są ze sobą związane. Przeznaczeniem, przeszłością, może celem, do którego obie dążą. W Scarlet poznajemy kolejną baśń przedstawioną w zupełnie inny sposób, baśń, w której nie zawsze zwycięża dobro, w której czai się więcej mroku i łez niż w każdej historii, którą opowiadano nam na dobranoc.
Kocham postacie, które stworzyła autorka, zarówno te, które towarzyszyły nam od początku, od Cinder, jak i te, które poznajemy w Scarlet. Tytułowa bohaterka jest jedną z dziewczyn, które nie dają sobie zawrócić w głowie, trzymają się tego, w co wierzą i są zdolne do poświęceń. W Wilku odnalazłam coś niezwykłego, coś, co sprawiło, że naprawdę polubiłam tę postać i kibicowałam mu, kimkolwiek był dla tej historii.

Saga księżycowa ma swój specyficzny klimat. Ta książka nie pozwoli, byś o niej zapomniał, odłożył, odrzucił w zapomnienie. Fabuła wciąga od pierwszej strony, cały czas mknie, zwroty akcji zaskakują, a rozdziały zamykane w najbardziej ekscytujących momentach sprawiają, że po prostu musisz czytać dalej, musisz poznać dalszy bieg tej opowieści. W moim odczuciu Scarlet pozbyła się tej przewidywalności, która towarzyszyła Cinder. Możecie mi powtarzać, że wydarzenia łatwo jest przewidzieć, skoro cała powieść jest oparta na baśni, ale ja nie domyśliłam się kilku istotnych faktów. Dałam się zwieść, uwieść i zaczarować bohaterom, wyobraźni autorki, historii o próbie ratowania świata przed wojną z okrutnym i potężnym przeciwnikiem.

Dla mnie to absolutnie fantastyczna opowieść, do której chcę powracać, przeżywać na nowo, odkrywać niuanse, których wcześniej nie dostrzegłam. Jestem pewna, że jeszcze nie raz dam się pochłonąć lekturze tej powieści. Jest to zdecydowanie jedna z moich ulubionych serii skierowanych dla młodzieży, napisana językiem przyjemnym zarówno dla nastolatków, jak i dla dorosłych. Szkoda tylko, że wydawnictwo odpuściło sobie wydawanie kolejnych tomów tej serii. Mam nadzieję, że zmieni ono zdanie, ponieważ to naprawdę łamie mi serce. Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałabym poznać dalsze losy Cinder i Scarlet.

Ocena: 9/10.

* Mam nadzieję, że wybaczycie mi tę miesięczną nieobecność. Ostatnio mam naprawdę mnóstwo pracy i nie znajduję czasu na czytanie i recenzowanie. Postaram się szybko wrócić do regularnego wrzucania postów, jednak starania te mogą potrwać jeszcze przez pewien okres czasu. Tymczasem bardzo dziękuję za odwiedzenie mojego bloga i przeczytanie tej recenzji do końca. Każdy wasz komentarz, każde odwiedziny są moją motywacją. Dziękuję :)

wtorek, 28 lipca 2015

"W ciemnym zwierciadle" (rec. 103)


Tytuł: W ciemnym zwierciadle
Tytuł oryginału: In a Glass Darkly
Seria: -
Autor: Joseph Sheridan Le Fanu
Tłumaczenie: Mira Czarnecka
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 550
Data wydania: 11 maja 2015











Joseph Sheridan Le Fanu to dziewiętnastowieczny irlandzki pisarz i dziennikarz, autor głównie powieści grozy. Wśród jego najsłynniejszych dzieł można wyróżnić powieści takie jak Dom przy cmentarzu, Stryj Silas czy zbiór opowiadań W ciemnym zwierciadle. Razem z Edgarem Allanem Poe i Bramem Stokerem jest uważany za prekursora nowoczesnej powieści grozy.


W ciemnym zwierciadle to zbiór pięciu opowiadań przedstawiających kolejne przypadki zjawisk nadprzyrodzonych z archiwum doktora Hesseliusa, lekarza zajmującego się osobami chorymi umysłowo. W każdej historii zostaje naruszona granica między snem a jawą, a wyobrażenia chorych mieszają się z rzeczywistością. Są pojeni trucizną, nawiedzają ich niepokojące zjawy, a wielkie koty wysysają im krew nocą. Doktor potrafi wytłumaczyć większość tych zjawisk, jednak czytelnikowi nieodłącznie towarzyszy wrażenie, że to nie tylko wyobraźnia chorych sprawia, że widzą rzeczy, które nieraz prowadzą do całkowitej zapaści, odłączenia od rzeczywistości czy nawet śmierci.


W ciemnym zwierciadle to klasyk literatury grozy i inspiracja, kilkaset stron niesamowitych wrażeń, pięć historii o zacierającym się świecie rzeczywistym ze światem nadprzyrodzonym. To wyjątkowy styl, niezwykły pomysł, niepokój i fascynacja. Niezastąpiony klimat, horror stworzony bez użycia wielkich siekier, bez rozlewu krwi i latających głów. To właśnie jest niezwykłe; te opowiadania potrafią przerazić, chociaż autor opowiada wszystko w powolny, dokładny sposób, pozwalając nam na rozkoszowanie tym, co nadchodzi. Uświadamia, że niezrozumienie i niewiedza również są przerażające.

Opowiadanie 1. Zielona herbata.
Krótkie i nad wyraz niepokojące opowiadanie. Głównego bohatera prześladuje mała małpka, która nie pozwala mu spać, jeść i przebywać w towarzystwie innych ludzi. Gdziekolwiek nieszczęśnik skieruje swoje spojrzenie, ona zawsze pozostaje w zasięgu jego wzroku. Podsuwa mu okropne myśli, zmusza do odsunięcia się od Boga, staje się coraz agresywniejsza...
To jedno z moich dwóch ulubionych opowiadań. Historia to zaledwie 70 stron, jednak wrażenie pozostaje na długo po ich przeczytaniu. Towarzyszy nam dreszcz strachu, potem niepokój, gdy doktor Hesselius wyjaśnia, że był to jeden z wielu podobnych przypadków choroby psychicznej... Jednak my wciąż mamy wrażenie, że zaraz koło nas pojawi się złośliwa zjawa, która dręczyła biednego Jenningsa.

Opowiadanie 2. Prześladowca.
Zacznę od końca. Finał opowieści o mężczyźnie, którego nawiedzał duch dawnego... znajomego, to coś kompletnie niewyjaśnionego. I to właśnie podoba mi się w tym opowiadaniu najbardziej. Że tak naprawdę nie wiadomo, co się wydarzyło. Że możemy się tylko domyślać, jednak nigdy nie wyjaśnimy i nie zrozumiemy dokładnie historii Jamesa Bartona.
I to chyba tyle. Warto dotrwać do końca, poczekać, aż pisarz zrobi nas w konia i pozostawi w  tym dziwnym, towarzyszącym Prześladowcy nastroju.

Opowiadanie 3. Sędzia Harbottle.
Sędzia Harbottle opowiada historię starszego sędziego, okrutnego i bezwzględnego w swoich wyrokach, którego niewiele obchodziło, czy oskrarżeni rzeczywiście byli winni. Pewnego dnia nieznajomy ostrzega go, by nie prowadził sprawy pewnego mężczyzny, Lewisa Pynewecka. Sędzia Harbottle jednak nie może odpuścić okazji skazania na śmierć kogoś, kto zranił bliską mu osobę...
Tajemnica. Zemsta zza grobu czy wyrzuty sumienia? Nie wiadomo. Obrazy mroku i wielkiego cierpienia, strach przed dniem, w którym śmierć miała w końcu go dopaść. Sędzia Harbottle podobał mi się właśnie za to. W pewien sposób to najstraszniejsza ze wszystkich opowieści. Bo pewnego dnia w końcu sędzia wydał sprawiedliwy wyrok...

Opowiadanie 4. Pokój w gospodzie Le Dragon Volant.
Najdłuższa historia opowiadająca o pokoju, którego mieszkańcy znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. O zakazanej miłości, zazdrości i nadziei, o okrucieństwie i przebiegłości. Zakończenie zdecydowanie podobało mi się najbardziej. Całość opierała się głównie na relacji między hrabiną a głównym bohaterem, przez co to opowiadanie może na tle innych wydawać się trochę za długie, zbyt nużące. Zakończenie było trochę przewidywalne, lecz mimo to poruszyło mnie i odrobinę przeraziło. Jedno z gorszych opowiadań, lecz mimo to niezwykle ciekawe i intrygujące.

Opowiadanie 5. Carmilla.
Niewiele osób wie, że to właśnie Carmilla stała się inspiracją dla Brama Stokera, kiedy tworzył postać Drakuli. Niewiele osób zna historię o młodej damie, która uwodziła swoje ofiary, darząc je niezrozumianą miłością i w końcu zabijała, wysysając całą ich krew. A szkoda. To naprawdę dobra opowieść.
Najbardziej w tej całej historii urzekło mnie to, że tak naprawdę nie wiadomo, czy Carmilla rzeczywiście darzyła uczuciem Laurę, czy może była bezdusznym potworem, który nigdy nie potrafił nikogo pokochać. Jesteś moja, będziesz moja, a ja i ty jesteśmy jedno na zawsze, mówiła. Zapewniała swoją drogą przyjaciółkę, że gdyby miała kogokolwiek pokochać, to właśnie jej oddałaby swe serce. Była bardziej jej kochanką niż przyjaciółką; stały się sobie bliskie jak nikt inny. Do teraz nie wiem, czy była to zaledwie gra wampira, który chciał uwieść Laurę i wypić całą jej krew, czy może w martwym sercu Carmilli odżyło coś na kształt namiętności, może nawet miłości.
Le Fanu stworzył wampira jako coś do cna złego, uwodzicielskiego, fascynującego, acz obrzydliwego. Dla mnie jest to kwintesencja osobowości wampira. Od zawsze te istoty kojarzyły mi się z czymś, czemu nie można się oprzeć, czymś przebiegłym, okrutnym, podłym. Tutaj mamy do czynienia z kobietą-wampirem, czyli zabójcą na pozór delikatnym i wrażliwym. Postać Carmilli jest bardzo intrygująca, a jej opowieść to prawdziwa perła.


Zarówno całość, jak i każde opowiadanie z osobna są niezwykłe. Każdy miłośnik literatury grozy powinien poznać pióro Le Fanu i dać się wciągnąć jego opowieściom. Zbiór opowiadań został napisany językiem, który uwielbiam, a pomysły dziewiętnastowiecznego pisarza są niezwykłe. Polecam.

Ocena: 8/10.

Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość zrecenzowania tej powieści!

środa, 22 lipca 2015

"Cyrk nocy" (rec. 102)


Tytuł: Cyrk nocy
Tytuł oryginału: The Night Circus
Seria: -
Autor: Erin Morgenstern
Tłumaczenie: Patryk Gołębiowski
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 432
Data wydania: październik 2012











Najtrudniej odczytuje się czas. Może dlatego, że on zmienia tak wiele rzeczy.

Erin Morgenstern jest amerykańską pisarką i artystką multimedialną. Cyrk nocy jest jej debiutem. Mieszka w Massachusetts wraz z dwoma puszystymi kotami. Jej zdaniem wszystko, co robi, to "jakaś forma baśni".


Cyrk pojawia się znikąd.
Tak to się zaczyna. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo kiedy do miasta przybywają namioty w czarno-białe paski, a w nich niesamowici akrobaci, iluzjoniści, kobieta guma, która wciska się do szklanego pudełka i znika. Możesz obejrzeć ogród z lodu i otworzyć jedną z buteleczek, w których pod postacią zapachów kryją się niezwykłe miejsca i wydarzenia.
Jednak Cyrk Nocy nie jest zwykłym cyrkiem.
To arena, miejsce długoletniej rywalizacji między dwoma magikami - Celią i Marciem - którzy od dzieciństwa byli szkoleni przez dwójkę konkurujących ze sobą nauczycieli. Wkrótce Celia i Marco dają ponieść się uczuciu. Nie wiedzą, na czym polega gra, w której biorą udział. Nie wiedzą, że wyjść z niej cało może zaledwie jeden z nich...

Jakie to kuszące zatracić się w tobie. Przestać nad sobą panować.

To książka, która nie ma początku i nie ma końca. Opowiada o czymś, co nigdy do końca się nie zaczęło i nigdy nie skończyło. To zaledwie cień historii, coś niezrozumiałego i dziwnego, to zapowiedź, zaledwie przebłyski czegoś, czym mogłaby być ta książka. Wyobrażałam ją sobie inaczej. Zupełnie inaczej. Teraz widzę ją jako coś nierealnego. Nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy cyrk zniknął, a z nim cała historia.

Te 432 strony nie opowiadają o niczym konkretnym. Pomysł jest niedopracowany. Wraz z kilkoma ostatnimi stronami zaczynamy się zastanawiać, czy to już koniec, bo przecież jeszcze nic się nie wydarzyło. Nie mam pojęcia, czy autorka nie miała pomysłu na zakończenie, czy po prostu je sobie odpuściła, stwierdzając, że jeśli niczego nie wyjaśni, będzie lepiej (ciekawiej, może bardziej tajemniczo). Nie. Czekałam 432 strony aż coś się wydarzy, a autorka wyjaśni, czym jest rozgrywka i jakie są jej zasady. Nie doczekałam się. Wciąż czuję niedosyt. Czuję się, jakby ktoś wyrwał z tej książki kilkaset najważniejszych stron.

Jednak jest coś, co pokochałam. Co stanowi całe piękno i wyjątkowość tej powieści. Le Cirque des Rêves. Namioty w czarno-białe paski. Żonglerzy, połykacze ognia, akrobaci skąpani w świetle białego jak śnieg ognia. Ludzkie statuy - piękne i majestatyczne postaci, którym trzeba było dokładnie się przyjrzeć, by zauważyć, jak się poruszają. Zapach karmelu i popcornu, ludzie ubrani w szkarłatne szale. Klimat cyrku, który dla obserwatorów otwierał się jedynie nocą.
Autorka poświęciła cyrkowi niemal całą fabułę, co sprawia, że książka może wydawać się nużąca. Inne wątki, takie jak miłość dwojga głównych bohaterów, stanowiły tło. Tak chyba nie miało być. Historia jest niedopracowana, lecz klimat cyrku... to coś naprawdę niezwykłego. Te kilka namiotów to coś, co sprawia, że nie żałuję czasu, który przeznaczyłam na lekturę. Jestem nimi oczarowana, tak jak wszyscy, którzy odważyli się odwiedzić Cyrk Nocy.

Wróćmy jednak do Celii i Marca. Nie da się wyczuć między nimi wielkiej chemii i jestem przekonana, że jeśli ktoś oczekiwał, że będzie to opowieść o miłości, zawiedzie się. W całej książce spotykają się oni zaledwie kilka razy. Ich wzajemna relacja opierała się na czymś zupełnie innym. Według mnie był to pomysł niezwykły i bardzo oryginalny, ale wykorzystany w nieodpowiedniej książce i w nieodpowiedni sposób. Początek ich relacji, który miał miejsce długo przed tym, jak się poznali, nie został nawet dokładnie opisany.

Podsumowując, Cyrk nocy jest przeciętną książką. Nie zachwyciło mnie to, co znalazłam w jej wnętrzu. Zakończenie było trochę denerwujące; wiele wątków pozostało niedopowiedzianych. Właśnie tak postrzegam tę powieść - jako coś niedopowiedzianego, niedokończonego. Pięć punktów mogłoby być trochę niesprawiedliwą oceną; sześć daję za ten niezwykły klimat i za styl autorki, który przypadł mi do gustu, za kilka ciekawych rozdziałów, za kilku intrygujących bohaterów.

Ocena: 6/10.

piątek, 19 czerwca 2015

"Cinder" (rec. 101)


Tytuł: Cinder
Tytuł oryginału: Cinder
Seria: Saga Księżycowa (tom 1)
Autor: Marissa Meyer
Tłumaczenie: Dorota Konowrocka
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 17 października 2012
Liczba stron: 440











Marissa Meyer jest amerykańską pisarką. Jest wielką fanką dziwaczności, a baśnie kocha od dzieciństwa. Saga księżycowa jest jej debiutem. W skład serii wchodzą cztery powieści - Cinder, Scarlet, Cress oraz Winter. Każda z nich jest dobrze znaną nam baśnią ukazaną nieco w innej postaci.



Nowy Pekin, daleka przyszłość. Za nami cztery wojny światowe, po których ostatecznie zapanował pokój. Świat jest niszczony przez letumosis, nieuleczalną chorobę, którą przywieźli uciekinierzy z Luny, czyli Księżyca. Ich władczyni, królowa Levana prowadzi okrutne rządy, a posłuszeństwo poddanych wymusza dzięki swej mocy, którą posiadają wszyscy Lunarzy. Levana od dawna grozi wojną Ziemi, która nie chce zgodzić się na warunki pokoju, jakie proponuje Luna.
Cinder jest cyborgiem, który nie pamięta niczego, co wydarzyło się sprzed operacji i tego, jak trafiła do okrutnej macochy. Pracuje jako mechanik i utrzymuje swoją rodzinę. Pewnego dnia na jej drodze staje książę Kai, następca tronu Wspólnoty Wschodniej. Wkrótce życie Cinder zaczyna się sypać. Dodatkowo dziewczyna musi zdać sobie sprawę z tego, jak ważną rolę odgrywa w konflikcie między Ziemią a Luną.



Ciężko mi w jakikolwiek sposób oceniać tę książkę. Więc może wręczę wam coś innego niż te wszystkie recenzje, w których wspominam o wszystkich plusach i minusach, które nigdy nie oddadzą, co czułam i co nadal czuję do wszystkich tych powieści. Zrobię to, co lubię najbardziej. Opowiem, czym jest ta książka i jak niesamowite wywarła na mnie wrażenie. Zawsze lubiłam recenzje, które nigdy nie były do końca recenzjami. Były opowieściami. Byłam załamana, że nie potrafię już takich pisać. Ale zrozumiałam, że wystarczy tylko poczekać na książkę, która wzbudzi odpowiednie emocje.

Cały czas czuję ten nieznośny ból. Boli mnie to, co się wydarzyło i to, co się nie wydarzyło. Po przeczytaniu Cinder wpadłam w dziwny stan. Pobiegłam po Scarlet, drugą część serii i przeczytałam ją. Całą. Naraz. Teraz, kiedy skończyłam i uświadomiłam sobie, że w Polsce nie ma części trzeciej i zapewne się nie pojawi, jest jeszcze gorzej. Bo ta opowieść jest dla mnie niedopowiedziana. Niedokończona. A ja nie mogę nic z tym zrobić. To najgorsze uczucie na świecie.

Emocje jeszcze nie opadają. Nie jestem w stanie ich odgonić. Kocham tę książkę, kocham tę opowieść. Niestety teraz jest mi bardzo rozróżnić dwie części sagi, rozdzielić je. Tworzą wspaniałą całość. Scarlet jest jeszcze lepsza od Cinder i korci mnie, by coś o niej powiedzieć.
Spokojnie. Wszystko od początku.
Cinder to baśń bez żadnego "i żyli długo i szczęśliwie". To opowieść o Kopciuszku bez stopy, o dziewczynie, zwykłym mechaniku i cyborgu bez wspomnień, które mogłyby jej powiedzieć, kim naprawdę jest. Lub kim była.
Ta książka ma jedną poważną wadę - przewidywalność. Ale to nie zmienia faktu, że jest świetna. Że tak szalenie mi się podobała. Że nie mogę przestać o niej myśleć. To cena, którą trzeba zapłacić za przeczytanie tej książki. Gdy ją zaczniecie, nie będziecie w stanie przerwać. To pochłania bardziej niż cokolwiek inne. Rozbawia. I rani głęboko.

Coś mi mówi, że nie powinnam tak polubić tej książki. Czemu zżyłam się z bohaterami jakby byli kimś, kogo znałam od dawna? Ta książka nie powinna mną tak wstrząsnąć. Coś mi mówi, że jest inna od wszystkich, które pokochałam równie mocno. Zbyt przewidywalna. Zbyt prosta. Ale cóż mogę poradzić? Miłość do niej jest silniejsza od tego głosu.

Jedna z lepszych serii młodzieżowych to za mało. Ta historia jest wspaniała (zaczynam łączyć Cinder ze Scarlet, choć wiem, że nie powinnam). Styl pisania jest bardzo dobry jak na książkę z półki literatury młodzieżowej. Bohaterowie... no cóż. Uwielbiam Cinder i jej poczucie humoru. Lubię Kaia, który kilka razy również mnie rozbawił. Nie znoszę jednak rodziny głównej bohaterki, choć pewnie właśnie taki był zamiar autorki.

Jeśli chodzi o samą historię, jest to wersja Kopciuszka w przyszłości. Cyborga-Kopciuszka w świecie zdziesiątkowanym przez zarazę. To opowieść o nagłej utracie, poszukiwaniu własnego ja, wojnie i miłości, ale tylko w niewielkim stopniu. Dla mnie - opowieścią o losie, który skazuje nas na bycie kimś, kim nigdy nie chcielibyśmy być. Kimś złym. Kimś ważnym. Kimś, za kogo umierali ludzie.

Jestem boleśnie świadoma tego, że na razie ta historia się skończyła. Że zacznę szukać czegoś podobnego, czegoś równie poruszającego. Ale nie znajdę. Chyba nie znajdę. Nie mogę się pogodzić z tym, że na razie opuszczam Cinder. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak głęboka będzie moja rozpacz, gdy zakończę całą sagę. O ile ją zakończę. Niezwykle zabolał mnie fakt, że wydawnictwo zapewniło mi tyle niesamowitych wrażeń, ale... po prostu Cress nie zostanie wydana. Czuję się trochę oszukana i nie jestem w stanie zostawić tej historii. Cress czeka. W oryginale.

Ocena: 8/10.

* I tym razem ostrzegam przed opisem na lubimyczytac.pl. Zdecydowanie zdradza za dużo, możecie po prostu zniszczyć sobie frajdę płynącą z czytania tej powieści.

** Widzę, że zaczynam pisać niezwykle długie recenzje. Co o takich sądzicie? :)

środa, 17 czerwca 2015

"Złota lilia" (rec. 100)


Tytuł: Złota lilia
Tytuł oryginału: The Golden Lily
Seria: Kroniki krwi (tom 2)
Autor: Richelle Mead
Tłumaczenie: Monika Gajdzińska
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 432
Data wydania: 13 lutego 2013











Richelle Mead jest amerykańską pisarką, autorką głównie książek fantasy oraz powieści dla młodzieży. W Polsce ukazały się jej cztery serie - Georgina Kincaid, Czarna Łabędzica, Akademia Wampirów oraz Kroniki krwi. Złota lilia jest drugim tomem przygód alchemiczki Sydney Sage, którą mieliśmy możliwość poznać w Akademii Wampirów.


Sydney ma nadzieję, że w Palm Springs zapanował spokój. Jej zadaniem jest opiekowanie się Jill, morojską księżniczką i utrzymywanie miejsca jej pobytu w tajemnicy. Nie jest to jednak proste. Lia pragnie pokazać światu wyjątkową urodę Jill, a morojka chętnie zostałaby modelką, nieświadomie skazując się tym samym na śmierć. W ochronie księżniczki pomagają Eddie oraz Angeline, której również ciężko pogodzić się z życiem w cieniu. Wkrótce do grupy dołącza Dymitr, który wraz z Sonią chce wyjaśnić, dlaczego osoby, które zostały strzygami i wróciły do swej dawnej postaci, nie mogą znowu się nimi stać. Sydney wydaje się coraz więcej łączyć z Adrianem, lecz czy Brayden, który wydaje się wprost stworzony dla alchemiczki, nie zniszczy ich relacji?
Sydney jest zagubiona, bo jednocześnie coraz bardziej lubi nowych przyjaciół i wie, że złota lilia zawsze będzie jej przypominać, jaka dzieli ich przepaść. Czy Sydney zaufa swojemu sercu, czy będzie kierować się wpajanymi jej od zawsze zasadami?


Szczerze mówiąc, dobre książki młodzieżowe czyta mi się najlepiej i recenzuje najgorzej. Co takiego jest w tych kilkuset stronach zapełnionych głównie dialogami, których nie umiem opisać, nie potrafię wyróżnić ich bohaterów, nazwać relacji między nimi? Czemu tak przyjemnie się to czyta, czemu tak mi się podoba, skoro tak naprawdę nie ma w tym niemal nic, co zasługuje na szczególną uwagę, co mogłabym wyróżnić w tych kilku zdaniach, jaką jest recenzja?

Ale książki Mead mają coś w sobie. Może to niepowtarzalni bohaterowie, których uwielbiam i do których zawsze chętnie wracam. W Złotej lilii, tak jak i w Kronikach krwi narratorką jest Sydney, która zmienia się wraz z każdą kolejną stroną. Już od dawna toczy się wojna między Sydney, która jest wierna nauczaniom alchemików, temu, co wpajano jej przez całe życie, która zna cenę, jaką jest złoty tatuaż a Sydney, która pragnie podążać za tym, w co wierzy, która w relacjach ze swoimi podopiecznymi pragnie czegoś więcej niż chłodny profesjonalizm. Już od dawna lubię jej charakter i dziwactwa - jej strach przed cukrem sprawia, że jej postać jest bardziej wyrazista i realna.

Adrian jest jednym z tych książkowych facetów, których kochają WSZYSCY. I ja przepadam za jego osobą, niemal każda scena, w której się pojawiał, sprawiała, że uśmiech pojawiał się na mojej twarzy. Uwielbiam jego charakter, jego postawę niegrzecznego chłopca, wiecznie żartobliwego i ironicznego, który w niektórych sytuacjach umie jednak pokazać swoją delikatniejszą naturę. Dzięki tej książce pokochałam go jeszcze bardziej. O ile to w ogóle możliwe.
Nie mogę oczywiście zapomnieć o Braydenie, czyli chłopaku, którego imienia nie mógł zapamiętać prawie nikt. Na początku rzeczywiście idealny, uroczy i bystry, potem zaczął się zmieniać w niezwykle irytującego i sztywnego faceta. Jego relacja z Sydney była dziwna, lecz kocham, po prostu kocham fragment ich ostatniego spotkania. Nie wyobrażam sobie, bym nie mogła o tym nie wspomnieć.

Złota lilia jest napisana prostym językiem, czyta się ją swobodnie i szybko - jak niemal każdą młodzieżówkę. Pióro Mead znam od dłuższego czasu i tak naprawdę nie mogę go ocenić. Nie jest złe, wręcz przeciwnie, ale cały czas czegoś w nim brakuje. To po prostu nie mój styl. Dialogi są jednak bardzo luźne i realistyczne; to wielki plus tej powieści.

Jeśli chodzi o akcję, to nie ma jej aż tyle, ile można by się spodziewać. Cała książka skupiona jest głównie na Sydney i jej problemach. Jill została odrobinę pominięta. To nie oznacza jednak, że ominą was zwroty akcji i zmagania Sydney z kimś, kto może mieć niebezpieczny wpływ nie na jej życie osobiste, lecz na życie i bezpieczeństwo morojów. Ten wątek pozostawił wiele pytań, na które odpowiedzi mam nadzieję znaleźć w następnych tomach serii.

Chyba powinnam wspomnieć o relacji Adriana z Sydney. Mogę tylko powiedzieć, że czasami płakałam, a czasami się śmiałam. Jednak i tak moje serce pozostaje rozbite.

Podsumowując, Złota lilia mi się spodobała i mogę śmiało stwierdzić, że lubię twórczość Mead. Jeśli znacie i lubicie jej powieści, ta recenzja nie jest wam tak naprawdę do niczego potrzebna. Ja z czystego sentymentu nigdy nie byłabym w stanie porzucić tej serii. Zresztą, łączy mnie z nią więcej niż tylko sentyment. Możecie więc być pewni, że wkrótce usłyszycie o Magii indygo.


Ocena: 7/10.

piątek, 8 maja 2015

"Lot sowy" (rec. 98)


Tytuł: Lot sowy
Tytuł oryginału: Owlflight
Seria: Lot sowy (tom 1)
Autorzy: Mercedes Lackey, Larry Dixon
Tłumaczenie: Katarzyna Krawczyk
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 358
Data wydania: 2015











Mercedes Lackey jest amerykańską pisarką, autorką cyklu fantasy Kroniki Valdemaru, do którego należy trylogia rozpoczynająca się Lotem sowy. Pozostałe dwa tomy to Owlsight i Owlknight. Larry Dixon to mąż Mercedes Lackey. Razem z nią stworzył trylogie o Wojnach Magów oraz o Sowim Magu. Dixon zajmuje się również tworzeniem grafik fantasy. 



Darian jest sierotą, którego mieszkańcy wioski zmusili do stażu u czarodzieja, Justyna. Rodzice chłopaka byli myśliwymi, którzy w Lesie Pelagirskim łapali stwory zmienione przez magiczne burze i sprzedawali ich skóry. Mieszkańcy wioski nigdy nie obdarzali ich szacunkiem - po ich śmierci Darian stał się wyrzutkiem. Nienawidzi magii, choć wszyscy wokół mówią mu, że ma talent. Często ucieka do lasu, gdzie może w samotności przeżywać swoją żałobę.

Pewnego dnia jego wioskę najeżdżają barbarzyńcy. Darian ucieka do lasu. Tam przed brutalnymi najeźdźcami ratuje go Sokoli Brat. Jeden z ludzi, których wszyscy się obawiali, o których krążyły legendy...



Najpierw przeczytałam wielki napis na odwrocie książki. "Chłopiec, który nie ma nic, sięga po moc, żeby zmienić świat". Uśmiech natychmiast zszedł mi z twarzy.

Niestety, chyba jestem już za stara na takie książki. Totalnie nieodpowiedzialny, niedojrzały główny bohater, który myśli tylko o tym, jaki jest biedny, jak mieszkańcy wioski go skrzywdzili, jak ich wszystkich nie znosi. Bardzo przeciętna fabuła, dialogi strasznie sztuczne, świat nie jest tak niezwykły i intrygujący jak ten, w którym chciałam się znaleźć, otwierając tę książkę. Lot sowy jest zdecydowanie skierowany do młodszych czytelników. Ja chyba mogę oczekiwać czegoś innego.

Niesamowicie irytował mnie styl, jakim napisana jest ta książka. Nijaki, sztuczny, zbyt prosty. Dialogi były puste. Nie znalazłam ani jednego zdania, które było naturalne, które mogłabym usłyszeć na ulicy.
Po jakimś czasie po prostu nie chciałam czytać tej książki. Męczyło mnie to.

Magia została w tej książce zepchnięta gdzieś w otchłań zapomnienia. Sokoli Bracia czasami jej używali, lecz Darian nie sięgnął po moc, by zmienić świat. Tak naprawdę nie robił prawie nic poza ciągłym marudzeniem, denerwowaniem się i płakaniem. Tak, stracił rodziców. Tak, stracił ludzi, których znał przez całe życie. Ale irytowało mnie, że wspominał o tym w każdym zdaniu. Ta książka to tylko ciągła złość głównego bohatera na otaczający go świat.

Podsumowując, ta powieść... po prostu mi się nie spodobała. Męczyło mnie czytanie jej, akcja początkowo mnie nudziła, bohaterowie denerwowali, a styl pisania po prostu dołował. Nie chcę już do niej wracać. Po prostu nie polecam.

Ocena: 3/10.

Serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość przeczytania tej powieści!


*

Trzy słowa na koniec. Wybaczcie, że czekaliście na tę recenzję niemal miesiąc. Tak jak wspominałam powyżej, dzięki tej książce straciłam zapał do czytania. Jednak zaraz po skończeniu jej sięgnęłam po Alex i na nowo odkryłam radość z czytania! Recenzja już wkrótce ;)

niedziela, 12 kwietnia 2015

"Kroniki Amberu t. 1" (rec. 97)


Tytuł: Kroniki Amberu t. (1-5)
Tytuł oryginału: Nine Princes in Amber, The Guns of Avalon, The Sign of the Unicorn, The Hand of Oberon, The Courts of Chaos
Seria: Kroniki Amberu
Autor: Roger Zelazny
Tłumaczenie: Blanka Kwiecińska-Kuczborska, Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 640
Data wydania: 2 lutego 2015







"Nikt nie kradnie książek, oprócz przyjaciół"

Roger Zelazny, znany również jako Harrison Denmark, był amerykańskim pisarzem fantasy i science fiction. Został oznaczony nagrodą Nebula trzykrotnie, a nagrodą Hugo sześciokrotnie. Napisał 150 opowiadań oraz 50 powieści. Kroniki Amberu to seria zawierająca dziesięć tomów.

"Popełniasz błąd, Eryku, uważając się za kogoś niezbędnego. Cmentarze są pełne ludzi niezastąpionych"

Corwin zapomniał, kim jest, skąd pochodzi, jaką niesie za sobą przeszłość. Gdy budzi się w szpitalu, nie pamięta niczego. Nie wie, że spędził na Ziemi wiele stuleci nieświadom swego pochodzenia. Wie tylko, że ktoś próbował go zabić.
Corwin dąży do odzyskania pamięci, ukrywając, że tak naprawdę nie wie, kim jest. Zwraca się do swojego rodzeństwa, a jego brat Random proponuje, że zabierze go do miejsca, które pozwoli mu przypomnieć sobie przeszłość - Rebmy. Tam Corwin uświadamia sobie, że jest prawowitym następcą tronu Amberu - jednego z dwóch prawdziwych światów, których nie można zniekształcić. Ojciec Corwina, król Oberon, zniknął i zostawił tron pusty. Jego dzieci zaczynają walkę o władzę.



Dziewięciu książąt Amberu. Karabiny Avalonu. Znak Jednorożca. Ręka Oberona. Dworce Chaosu.
Pięć tomów niesamowitych historii świata pełnego wojny, nieufności i mroku. Niezapomniane krainy i stwory, intrygi, nienawiść między rodzeństwem. Wszystko dokładnie zaplanowane, spomiędzy wszystkich ran i skaleczeń wydziera się smutny lub szczęśliwy los tego, kto je otrzymał. Pełno tu śmierci, jadu i klątw, ale może już nie chodzi tylko o chęć zawładnięcia tronem, Amberem i wszystkim, czym rządzi? Kto jest tu dobry, kto zły? Komu masz zaufać, gdy nie wiesz, który z nich jest tym, który wbił ci nóż w plecy?

Jeżeli mam oceniać całość, to Kroniki Amberu są kawałkiem bardzo dobrej fantastyki. Jeżeli mam oceniać poszczególne części, to niektóre były przeciętne, niektóre wprost fantastyczne. Rodzeństwo Corwina to niezłe łobuzy, nigdy nie wiadomo, kim tak naprawdę są, kogo kryją za swoimi maskami. Polubiłam chyba tych najpodlejszych, najbardziej szalonych, najbardziej nieprzewidywalnych. Mam nadzieję, że spotkam ich w kolejnych tomach.

Zelazny po prostu opowiada, dokładnie opisuje wszystkie przemiany w Cieniu, każdy krajobraz, każdą najdrobniejszą zmianę. Światy, które stworzył, są piękne, ale i niebezpieczne, kolorowe, dziwne, niezbadane. Historia Corwina w światach takich jak Avalon czy Lorraine jest ciekawa, ale to chyba właśnie w Amberze rozgrywa się prawdziwa, właściwa opowieść. Dworce Chaosu są światem, który spośród wszystkich egzotycznych krain chyba najbardziej zapadł mi w pamięć. Część, w której je poznałam - Dworce Chaosu - są moją ulubioną książką z tej serii.

Kroniki Amberu to naprawdę niesamowita seria, która inspirowała takich autorów jak George R. R. Martin czy Neil Gaiman. Czysta fantastyka, wspaniała przygoda, niebezpieczna gra o tron, intrygi, kłamstwa, trwający od zawsze konflikt między rodzeństwem, ukryci wrogowie... Ja dałam się w ciągnąć!

Ocena: 7/10.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!

wtorek, 10 lutego 2015

"Król Kruków" (rec. 94)


Tytuł: Król Kruków
Tytuł oryginału: The Raven Boys
Seria: The Raven Cycle (tom 1)
Autor: Maggie Stiefvater
Tłumaczenie: Małgorzata Kafel
Wydawnictwo: Uroboros/Grupa Wydawnicza Foksal
Liczba stron: 496
Data wydania: 19 czerwca 2013










"Niektóre sekrety odsłaniają się tylko przed tymi, którzy są ich warci"


Maggie Stiefvater jest amerykańską pisarką powieści dla młodzieży i fantasy. W Polsce znana jest z serii Wilkołaki z Mercy Falls (Drżenie, Niepokój, Ukojenie), Wyścigu śmierci oraz Króla Kruków, który jest początkiem serii o legendarnym Glendowerze.

"Moje słowa jeszcze nie chcą mnie słuchać, więc spróbuję używać tych, które słuchają ciebie"


Blue pochodzi z rodziny wróżek. Wie, że przez to jej życie nigdy nie będzie normalne - od dzieciństwa każdy, kto jej wróżył powtarza, że dziewczyna zabije tego, kogo pocałuje. Blue, choć sama nie posiada daru przepowiadania przyszłości, potrafi wzmocnić umiejętności innych. Przez to wiele razy brała udział w różnych, nie do końca zrozumiałych dla niej niezwykłych sytuacjach. Podczas jednej z nich zobaczyła ducha. Jedynego ducha, którego mogła zobaczyć. Ducha tego, kogo kochała lub kogo zabiła.
Gansey, Adam, Ronan i Noah to przyjaciele z elitarnej szkoły Aglionby. Od kilku lat obsesyjnie szukają tajemniczych linii mocy - nazywanych również drogą umarłych - oraz Króla Kruków - Glendowera, który, według legendy, odpoczywa gdzieś i jest gotów dać temu, kto go obudzi, wszystko, czego ten zechce.
Gdy drogi Blue i czwórki przyjaciół się przecinają, w ich miasteczku zaczyna się dziać coś niezwykłego...

"Krzyczą tylko ci ludzie, którzy mają zbyt ubogie słownictwo, żeby szeptać"


Ta tajemniczość i mroczność, której się po tej książce nie spodziewałam. Rytuały, związane z nimi ofiary, przepowiednie, duchy, magia lasu, w którym drzewa szepczą, w którym czas przestaje istnieć. 
Tak, tak... kompletnie dałam się wciągnąć.

Szczerze mówiąc, nie podejrzewałam, że Król Kruków aż tak mi się spodoba. Zapowiadało się na kolejną przeciętną powieść dla młodzieży, która nic do mojego życia nie wniesie, będzie tylko wspaniałym "odmóżdżaczem".
Nie. To najgłupsze stwierdzenie, jakim mogłabym określić tę książkę.
Król Kruków jest świetną powieścią dla młodzieży, napisaną bardzo przyjemnym i lekkim stylem, dzięki któremu pochłania się ją natychmiastowo. Możemy w niej spotkać bardzo wyraziste postacie, z którymi bardzo łatwo można się związać. Fabuła jest ciekawa - nie mogłam się oderwać od historii rozgrywającej się w tajemniczej Henrietcie, której klimat mnie urzekł. Słowem, dobra książka.

Postacie są bardzo dobrze wykreowane. Nie, to za mało. Są bardzo ludzkie. Mają wiele wad, wiele zalet, różne charaktery, które doskonale się dopełniają. Polubiłam Ganseya, Adama, Ronana, Noaha i Blue. I Persefonę, nawet Callę... To dużo, bardzo dużo. Rzadko zdarza się, bym w powieści skierowanej do młodzieży nie znalazła kogoś wyjątkowo irytującego bądź kogoś tak idealnego i nierzeczywistego, jak to tylko możliwe. 
Wielki plus dla pani Stiefvater za stworzenie tych bohaterów i nadanie im ich wyjątkowych cech.

Przyjaźń między Ganseyem, Adamem a Ronanem (ominę tu Noaha, który jednak nie był związany z tą trójką tak mocno) jest idealna. Nie w ten przesłodzony, wyimaginowany sposób. Ta przyjaźń jest tak mocna, tak potężna, tak głęboka. Wiem, że oni zrobiliby dla siebie wszystko. Pomimo różnic, pomimo przepaści majątkowej, byli dla siebie najważniejsi na świecie. Porozumiewali się bez słów, wspierali się nawzajem, wybaczali sobie wszystko, bo potrafili to zrozumieć. To była prawdziwa magia tej powieści.

Chętnie sięgnę po kolejny tom tej serii. Król Kruków nie jest powieścią doskonałą, bo choć tak ją zachwalam, czegoś mi w niej brakowało. Bo wiem, że inna książka mogłaby wzbudzić u mnie więcej emocji, mogłaby przekazać mi więcej. Ale ta książka jest bardzo dobra, wiedzcie o tym. Styl pani Stiefvater mnie urzekł - czasami zdawało mi się, że płynę przez tę lekturę, przewracam stronę za stroną, a czas stoi, i stoi, i stoi...

Ocena: 7/10.

wtorek, 3 lutego 2015

Recenzja "Na drugą stronę".


Tytuł: Na drugą stronę
Tytuł oryginału: Crossing over
Seria: Kroniki Duszorośli (tom 1)
Autor: Anna Kendall
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 438
Data wydania: 14 lipca 2014











"Ciemność...
Chłód...
Ziemia wypełniająca mi usta...
Robaki w moich oczach...
Gleba więżąca moje obdarte z ciała ręce i nogi..."

Anna Kendall to pseudonim literacki Nancy Kress, amerykańskiej autorki wielu powieści science fiction i fantasy. Zaczęła pisać, gdy zajmowała się wychowywaniem dzieci. Potem pisała w wolnym czasie, aż w 1990 roku pisarstwo stało się jej głównym zajęciem. Jej utwory były wielokrotnie nominowane i nagradzane.


Roger Kilbourne jest wykorzystywany przez swojego brutalnego wujka, Hartaha. Rodzice czternastolatka zginęli, choć nikt nie chce mu powiedzieć, jak. Roger posiada niezwykły dar - potrafi podróżować do krainy Umarłych i rozmawiać z niektórymi zmarłymi. To właśnie te umiejętności Harthah wykorzystuje, by zarabiać na zdesperowanych ludziach, którzy właśnie stracili kogoś bliskiego. 
Wujek bije i głodzi chłopaka, który postanawia od niego uciec. Gdy chłopcu wreszcie się to udaje, wplątuje się on w niezwykle niebezpieczną sprawę. By ratować życie zdobywa pracę w pałacowej pralni. Wszystko jednak się komplikuje. Roger zbliża się niebezpiecznie blisko do królowej Caroline, zakochuje się w lady Cecilii i zostaje wplątany w intrygi dworskie.


Na drugą stronę może nie jest książką górnych lotów, może nie wybija się na tle innych powieści z gatunku fantasy, ale jest przyjemną, dobrą lekturą, która zaskakuje i wciąga do swojego świata. Jest kilka minusów, ale i kilka plusów wynikających z czytania. Cała historia momentami wydaje się bardzo banalna, a kiedy indziej bardzo skomplikowana.

Postać Rogera - narratora i głównego bohatera - nie przypadła mi do gustu. Chłopak niekiedy wydawał się być bardzo dziecinny, a czasami stawał się nad wyraz dojrzały jak na swój wiek. Nie miał szacunku do siebie, był naiwny i cechowało go tchórzostwo - do czego sam się przyznawał. Często nie rozumiałam jego miłości do Cecilii i irytowało mnie, kiedy ciągle powtarzał, że jest taka słodka, piękna, niewinna, delikatna, niesamowita... choć, według mnie, Cecilia nie miała niczego poza swoją urodą.

Najbardziej spodobały mi się rozdziały dotyczące pobytu Rogera w pałacu. Królestwo zostało podzielone pomiędzy dwie królowe - starszą królową Eleanor i młodszą królową Caroline - ponieważ matka nie chciała oddać władzy swej córce, o której szeptają, że jest czarownicą. Sam fakt, że pałacem rządziły dwie monarchinie jest dla mnie dużym zaskoczeniem i niezwykle ciekawym elementem. Rywalizacja między królowymi również mi się spodobała.

Królowa Caroline i Matka Chilton to dla mnie jedyne interesujące charaktery. Wszystkie inne postacie były jednowymiarowe i szablonowe. Styl pisania pani Kendall jest mocno przeciętny, choć książkę czyta się bardzo szybko i lekko. Wrzosowisko Duszorośli to miejsce, do którego chętnie powróciłabym w następnych tomach Kronik Duszorośli. To miejsce prawdziwie mroczne i zagadkowe.

Na drugą stronę nie jest pozycją ani złą, ani bardzo dobrą. Jednak chętnie sięgnę po kolejne tomy tej serii, by poznać dalszy ciąg tej historii. Mam nadzieję, że pani Kendall miło mnie zaskoczy.

Ocena: 6/10.

Za możliwość przeczytania "Na drugą stronę" serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

czwartek, 15 stycznia 2015

Recenzja "Nowej Ziemi".


Tytuł: Nowa Ziemia
Tytuł oryginału: Pure
Seria: Świat po Wybuchu (tom 1)
Autor: Julianna Baggott
Tłumaczenie: Janusz Maćczak
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 472
Data wydania: 9 maja 2012











"Ujęła motyla i podniosła go w górę; jego zakurzone delikatne skrzydła prześwietliło białe światło lampy. [...]
- Wysiłek, jaki włożyłam w ich tworzenie, teraz wydaje mi się stratą czasu. Nawet nie potrafią fruwać. Kiedy się je nakręci, tylko machają skrzydłami i nic więcej.
- Może po prostu dotychczas nie miały dokąd polecieć"


Julianna Baggott, znana również jako Bridget Asher, to amerykańska pisarka, autorka wielu powieści obyczajowych, książek dla dzieci i trzech tomików poezji. W Polsce ukazało się tylko kilka książek jej autorstwa, pierwsza to Kwiaty od Artiego. Seria Świat po wybuchu to jej najsławniejsze dzieło.

"Wolę prawdę od szczęścia"

Świat po Wybuchu.
Nielicznym udało się przeżyć Wybuch bez najmniejszego zadrapania. Schronili się oni w Kopule, sterylnym miejscu, w którym przyglądają się mieszkańcom świata za. Żyją jak dawniej - zakładają rodziny, uczą się, zdobywają posady. Mają wszystko - jedzenie, lekarstwa, zaawansowaną technologię. Patridge'owi jednak coś zabrano. Od czasu Wybuchu nie widział swojej matki, która ponoć nie żyje. On przeczuwa jednak, że jest inaczej i zamierza ją odszukać. Musi jednak wyjść poza Kopułę.
Pressia żyje w zrujnowanym świecie pokrytym popiołem. Jest jedną z niewielu, którym udało się przetrwać. Żyje wraz z chorym dziadkiem, któremu w szyi utkwił elektryczny wiatraczek i próbuje uchronić się przed poborem do militarnej organizacji, OPR. Wie jednak, że nie uda jej się przetrwać zbyt długo. Nie w niebezpiecznym świecie pełnym zmutowanych, stopionych ze zwierzętami, ziemią, różnymi przedmiotami czy nawet sobą wynaturzonych istot.

"Przeszłość przeminęła i byłoby nietaktem ją przywoływać"

W pewnym momencie już cię nie obchodzi, że język ci nie odpowiada, że styl autorki ci się nie podoba. Nie obchodzi cię. Po prostu chcesz wiedzieć, co będzie dalej.
Tym jednym zdaniem mogę opisać całą tę książkę. Napięcie, zwroty akcji, niesamowita fabuła, pomysł. Wszystko doskonale przemyślane. I aż boję się pomyśleć, co stanie się w drugim czy w trzecim tomie tej historii. Chcę już czytać. Po prostu chcę więcej, chcę tej historii, dalszego ciągu.

Pressia, która zamiast dłoni ma głowę lalki. Bradwell, któremu w plecach utkwiły ptaki. El Capitan, który na plecach nosi zrośniętego z nim brata. To samo w sobie jest czymś niesamowitym. I choć, jak wiadomo, wszystkie mutacje i stopienia są dość przesadzone, to wizja takiego świata jest czymś niezwykłym i... przerażającym. Unoszący się wokół popiół, szkielety domów, ludzie bez żadnych  pamiątek, wspomnień, najmniejszych ułamków dawnego życia. Kiedy wszystko wokół ciebie się wali, kiedy twoi bliscy umierają.

Bardzo ciekawe jest dla mnie ukazanie przemiany psychicznej osób, które zmieniły się w trakcie Wybuchu oraz osób, które opuściły Kopułę i po raz pierwszy ujrzały świat pokryty popiołem. Dla Pressi jej blizny oraz głowa lalki były czymś bardzo wstydliwym i złym. Dla Bradwella znaczyły one coś więcej. A El Capitan nienawidził i kochał nawzajem swego brata, nieraz chciał zabić tę ludzką powłokę stopioną z jego plecami, choć wiedział, że wtedy zabiłby również siebie.
I oczywiście, obok El Capitana, najlepsza postać tej książki - Lyda, która jest dla mnie naprawdę niesamowicie wykreowaną bohaterką. Jej historia, to, co przeszła, to coś, co sprawia, że kocham tę opowieść.

Coś pięknego. Niezwykle zręcznie pokazana wizja przyszłego świata, który sami możemy zniszczyć. Książka o wolności, samotności, walce, chorej ambicji i ludzkim okrucieństwie. Książka o wielkim cierpieniu i bliznach, których nie sposób się pozbyć. Książka, która uzależnia. I zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nic ważnego się nie wydarzyło. Że prawdziwa historia przede mną. To dopiero początek.

Ocena: 8/10.

środa, 19 listopada 2014

Recenzja "World War Z".


Tytuł: World War Z
Tytuł oryginału: World War Z
Seria: -
Autor: Max Brooks
Tłumaczenie: Leszek Erenfeicht
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 544
Data wydania: 8 maja 2013











"Wszystko, co mamy, to świadomość, CZYM chcemy być"


Max Brooks, a właściwie Maximillian Michael Brooks, jest amerykańskim pisarzem, aktorem oraz autorem scenariuszy. Zajmował się też dubbingiem. Jest autorem Zombie survival, który ukazał się w 2013 roku nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.
Na podstawie World War Z powstała głośna superprodukcja z Bradem Pittem w roli głównej.

"Te potwory, które powstają z martwych, to nic w porównaniu z demonami, które każdy z nas nosi w sercu"

Zaczyna się od dziwnego wydarzenia w Chinach. Nikt nie podejrzewał, że to właśnie ono zapoczątkowało katastrofę. Pojawił się tam pacjent "zero", który był zarażony tajemniczą, niespotykaną dotąd chorobą, która prowadzi do śmierci i... ożywienia ciała. Zombie ma tylko jedno zadanie - zniszczyć. Atakuje ludzi i zwierzęta, nie myśli, ale działa. Nieustępliwy, niezmordowany, wiecznie głodny. A pokonać go można tylko przez zniszczenie mózgu.
Wirus zaczyna się rozprzestrzeniać po całym świecie. Z najróżniejszych zakątków kuli ziemskiej dochodzi do przypadków ożywienia zwłok, które polują i zabijają kolejne tysiące bezbronnych ludzi. Rządy wielu państw próbują zapobiec pandemii i skrywają prawdę przed obywatelami. Wojska nie potrafią powstrzymać zagłady. Ludzie panikują, coraz więcej decyduje się na samobójstwo, tylko nieliczni są przygotowani na wojnę.
World War Z to zapierający dech w piersiach reportaż, zbiór historii z pierwszej ręki, opowieści osób, które jako jedne z nielicznych przeżyły walkę z zombie.

"Tak, to były kłamstwa, ale czasem kłamstwo nie jest złe. To znaczy, kłamstwo samo w sobie nie jest ani złe, ani dobre. Jest jak ogień: może ogrzać, ale może spalić - zależy od sposobu użycia"

Może zacznę od tego, że nigdy nie miałam doczynienia z powieścią, która poruszałaby temat zombie. I choć epidemii, wojn i katastrof dzięki książkom przeżyłam już naprawdę wiele, pierwszy raz trafiłam na autora, który ujął to w sposób tak realistyczny, tak logiczny, że wojna z zombie mogłaby potoczyć się właśnie w ten sposób, według napisanego przez Brooksa scenariusza. 

Cała historia jest przekazana w sposób bardzo swobodny i przystępny. Czytając, mamy wrażenie, jakbyśmy nie siedzieli z książką w swoim domu, a wraz z autorem podróżowali po świecie i przysłuchiwali się rozmowom przeprowadzanym z ofiarami Wojny Z. Może dlatego czyta się ją tak szybko i tak niesamowicie się w niej zatraca. Ja nie mogłam się oderwać. Czasami stawałam się samą opowieścią, stawałam się bohaterem opisywanych zdarzeń, stawałam się każdym jego czynem i myślą. Słyszałam wyraźnie każde słowo, wyraźnie widziałam wszystkie wydarzenia.

Zombie nie gra w tej powieści tak istotnej roli, jak można by się tego spodziewać. Tak naprawdę żywe trupy to tylko początek, wątek historii o jednoczeniu się ludzi, ich walce, strachu, słabościach, poświęceniu. O niektórych zachowaniach, które mają miejsce tylko w wyniku śmiertelnego zagrożenia. O ludziach zachowujących się jak zwierzęta, podkładających nogę innym, byle uciec, byle przetrwać choć jeden dzień więcej.

Podsumowując, World War Z to świetna książka, która w niezwykły sposób porusza temat zombie. W sposób bardzo przemyślany i rozwinięty. Wykreowanie quislingów, czyli chorych umysłowo, którzy myślą, że zostali już zarażeni i przemierzają świat jako zombie, zjadając innych, nieczułe na ból, to mistrzostwo. Brooks pisze w świetny sposób. Historia jest świetna. Książka jest świetna. I tyle.

Ocena: 7/10.

Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość przeczytania tej powieści!

czwartek, 6 listopada 2014

Recenzja "Demonologu".


Tytuł: Demonolog
Tytuł oryginału: The Demonologist
Seria: -
Autor: Andrew Pyper
Tłumaczenie: Adrian Napieralski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 376
Data wydania: 14 lipca 2014











"Nie wygląd sprawia, że coś jest złe"


Andrew Pyper jest kanadyjskim pisarzem, autorem wielu świetnie przyjętych książek, takich jak międzynarodowy bestseller Lost Girl czy The Killing Circle, które zostało okrzyknięte kryminałem roku. Pyper jest laureatem nagrody Arthur Ellis Award. Demonolog jest jego najnowszą powieścią i jedyną wydaną w Polsce.

"[...] wszystko da się przetrwać, kiedy nie jest się samemu"

David Ullman jest profesorem na Uniwersytecie Columbia. Specjalizuje się w dziedzinach wierzeń religijnych, mitologii i jest znawcą Raju utraconego Johna Miltona. Przez lata wciąż przeprowadza te same wykłady. Jego życie jest silnie związanie z demonologią, Bogiem i kwestiami religijnymi, z czymś, w co sam nie wierzy.
Pewnego dnia Ullmana odwiedza tajemnicza kobieta, Chuda, która składa mu propozycję nie do odrzucenia. Zafascynowany ofertą David wraz z jedenastoletnią córką Tess wybiera się do Wenecji, by zbadać "zjawisko", o którym wspominała Chuda. Jednak tego, co znajdzie w opuszczonym domu, nie jest w stanie sobie wytłumaczyć. Przerażony ma zamiar zabrać ze sobą Tess i uciekać z Wenecji. Gdy jednak wraca do hotelu, jej tam nie ma.
Do domu Ullman wraca sam. Zagubiony, niepewny i przestraszony wspomina chwilę, w której pozwolił Tess odejść. Policja nie odnalazła jej ciała. I choć wszyscy są o tym przekonani, nie ma dowodów, że umarła naprawdę.
David wciąż ma jednak nadzieję. Musi ją odnaleźć. Wie, że jeszcze jest szansa, by ją odzyskać. Jednak tylko od niego zależy, czy zdobędzie się na wyruszenie w podróż w poszukiwaniu znaków i symboli, dzięki którym odnajdzie Tess. Czasu jest niewiele. Jednak wie, że może to zrobić. Bowiem gdy spadała, zostawiła mu wiadomość.
"Odnajdź mnie".

"Ci, którzy uciekają, nigdy nie przeżywają"


Może zacznę od tego, że uwielbiam książki poruszające taką tematykę, dreszczowce, które nie są pisane na siłę, byle tylko nas przestraszyć. Demony, okrucieństwo i ludzie pozbawiani człowieczeństwa. Miłość do dziecka, która zwycięża strach, która doprowadza do obłędu, do szaleństwa. Niezwykłe poświęcenie, opętanie i wiara. Wiara przede wszystkim. Demonolog przypomina, że niektórych rzeczy nigdy nie dotkniesz, nigdy nie zobaczysz. Jedyne, co ci pozostaje, to w nie wierzyć.

Pióro autora nie wyróżnia się na tle innych i nie zachwyca mnie, ale jest do zniesienia. Książkę czyta się bardzo szybko i płynnie, a co najważniejsze, nie można się od niej oderwać. W pewnym momencie poczułam się uzależniona od tej książki, wszystko, co działo się poza jej kartami, traciło dla mnie większy sens. Bohaterowie są skonstruowani bez zarzutu, a zwłaszcza jedna - Tess. Najgłębsza i zdecydowanie najciekawsza ze wszystkich postaci. Jej zapiski poruszają i intrygują. Są pisane typowo dziecięcym, prostym stylem, który najboleśniej przekazuje prawdę.
I jeszcze jedno. Okładka. Bardzo piękna, mroczna, przyciągająca uwagę.

Demonolog jest dla mnie specyficzną powieścią. Przymykam oko na wszystkie niedociągnięcia, bo zbyt dobrze się przy niej bawiłam. David i Tess byli zbyt ludzcy, by mogły mnie irytować popełnione przez nich błędy. Historia była zbyt zajmująca, bym mogła się nią znudzić.
Warto zaznaczyć, że Demonolog to nie horror ociekający krwią i flakami, bez uciętych głów i kończyn. Ta książka może nie doprowadzi was do bezsenności, może nie będziecie się przy niej bać, ale zasmuci was i przerazi czynami bohaterów wypełnianymi w imię nienawiści. W imię braku miłości.

Podsumowując, Demonolog to pozycja bardzo ciekawa, trzymająca w napięciu i przywracająca wiarę, nie tylko w Boga, ale w miłość, tę najczystszą, najprawdziwszą, bezinteresowną. Miłość za wszystkie wady i zalety, za każdy gest i oddech, miłość do osoby, za którą oddasz wszystko, nawet siebie. Pouczająca, mroczna i chwilami przerażająca.

Ocena: 7/10.


Bardzo dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość przeczytania tej powieści!

poniedziałek, 22 września 2014

Recenzja "Wirusa".


Tytuł: Wirus
Tytuł oryginału: The Strain
Seria: Wirus (tom 1)
Autorzy: Chuck Hogan, Guillermo del Toro
Tłumaczenie: Anna Klingofer
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 560
Data wydania: 30 lipca 2014










"Mówi się, że gdy człowieka przejdzie dreszcz, to znaczy, że ktoś przespacerował się po jego grobie"


Guillermo del Toro to obdarzony niesamowitą wyobraźnią twórca hitu Labirynt fauna, który został nagrodzony trzema Oscarami. Jest meksykańskim reżyserem, scenarzystą i producentem. Jego debiutem był Cronos. Dorastał u boku babki, którą przerażały jego upiorne wizje. Poddawała go egzorcyzmom, by wygnać potwory z jego umysłu.
Chuck Hogan jest autorem kilkunastu powieści. Jedna z nich, Miasto złodziei, zdobyła nagrodę im. Dashiella Hammeta i została doceniona przez Stephena Kinga, który okrzyknął ją jedną z najlepszych w 2005 roku. Na jej podstawie nakręcono film z Benem Affleckiem.
Wirus to pierwsza część trylogii o tym samym tytule.

"Bardziej niż krzyk przeraziła go cisza, która nastąpiła potem"

W Nowym Jorku ląduje samolot z Niemiec. Tuż po wróceniu na ziemię pojazdu wieża kontrolna traci z nim połączenie, zasłony są zaciągnięcie, a światła i klimatyzacja wyłączone. Drzwi są zamknięte. Wszystko wskazuje na to, że pasażerowie zostali zamknięci w pułapce i powoli zaczyna brakować im powietrza. Władze obawiają się, że podróżni mogli zarazić się śmiercionośnym wirusem. Na miejsce wzywają grupę z Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób. Gdy zespół z Ephraimem Goodweatherem na czele wchodzi na pokład samolotu odkrywa, że tylko kilka osób żyje. Trudno zbadać przyczynę śmierci pasażerów, a ci, którzy przeżyli nie wiedzą, co się z nimi stało. Wkrótce Eph odkrywa, że ciała zmarłych nie rozkładają się tak, jak powinny. Wygląda na to, że upuszczono z nich całą krew.
Tymczasem zbliża się historyczne zaćmienie słońca, które będą mogli obserwować mieszkańcy Nowego Jorku. Na kilka minut ich świat pogrąży się w całkowitych ciemnościach, a wampiry będą mogły wyjść ze swojej kryjówki...

"Kiedy moc Jezusa cię zawodzi, wtedy wiesz, że naprawdę masz cholernego pecha"

Trzymająca w napięciu mroczna historia ukazująca wampiry jako przerażające i złe istoty. Książka, od której nie można się oderwać. Opowiadająca oryginalną historię, której niektóre fragmenty zapadły mi w pamięć na zawsze. Przyznam, że nie przepadam za książkami poświęconymi wampirom. Istoty te bowiem na przestrzeni ostatnich lat zyskały zupełnie nową twarz - atrakcyjnych, wiecznie młodych istot, które w ogóle do mnie nie przemawiają. Osobiście wolę nieco inne historie - historie o nieustannie głodnych, przerażających istotach, które beznamiętnie zabijają swoje ofiary. Wirus jest właśnie taką powieścią.

Panowie Guillermo del Toro i Chuck Hogan wprowadzają do tematu wampirów pewną świeżość. Udało im się stworzyć oryginalną, inną od wszystkich historię, która porusza temat, do którego pozornie nie można wpleść niczego nowego. Rozprzestrzenianie się wampiryzmu, wygląd owych potworów, ich podobieństwo do niektórych zwierząt, przejmowanie kontroli nad ciałem przez wirusa - to wszystko udało się autorom stworzyć lub dopracować.

Polubiłam Epha, którego można mianować głównym bohaterem, jego historię, która stanowiła jeden z wątków, który wspaniale dopełniał całą opowieść. Polubiłam Zacka, małego, rozbitego chłopca, który ma dość nieustannej walki ojca i matki o prawa do opiekowania się nim. Polubiłam wielu bohaterów, których poznawałam w ostatnich chwilach ich życia. Często żałowałam osób, które próbowały walczyć z wirusem, które opierały się swojej naturze, próbując ratować innych. Czuję się źle, bo nie wiem, jak potoczą się losy niektórych z nich.

Podsumowując, ta powieść to bardzo dobre wprowadzenie do świata opanowanego przez krwiożerczego wirusa. Mogę śmiało stwierdzić, że nie można się nudzić czytając tę powieść. To nieprzewidywalny dreszczowiec o zakończeniu, które nie kończy się szczęśliwie i obiecuje intrygujące rozwinięcie akcji w drugim tomie. Sama nie mogę się doczekać kontynuacji tej trylogii. A tymczasem nie pozostaje mi nic, jak tylko obejrzeć serial, który stworzono na jej podstawie.

Ocena: 7/10.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!