Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 marca 2016

"Wybacz mi, Leonardzie" (rec. 111)


Tytuł: Wybacz mi, Leonardzie
Tytuł oryginału: Forgive me, Leonard Peacock
Seria: -
Autor: Matthew Quick
Tłumaczenie: Jacek Konieczny
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 408
Data wydania: 8 października 2014










Mam taką teorię, że z wiekiem tracimy zdolność do bycia szczęśliwym.

Matthew Quick jest amerykańskim autorem. Dla kariery pisarskiej porzucił posadę nauczyciela języka angielskiego. Zdobył sławę dzięki swojemu debiutowi - Poradnikowi pozytywnego myślenia, na podstawie którego nakręcono film o tym samym tytule. Dotychczas w Polsce ukazały się jego cztery powieści, m. in. Niezbędnik obserwatorów gwiazd i Prawie jak gwiazda rocka.


Dzień osiemnastych urodzin jest dla Leonarda Peacocka dniem jego śmierci. Już dawno temu opracował plan działania. Ogolić głowę. Zapakować prezenty w różowy papier. Wręczyć prezenty jedynym ludziom, którzy mieli jakikolwiek wpływ na jego życie. Zabić Ashera Beala. Zabić Leonarda Peacocka.
I koniec. Koniec wszystkiego.
W świecie Leonarda nie ma kompromisów. Wszystko jest albo białe, albo czarne. A dzień, w którym rozliczy się z przeszłością i z ludźmi, którzy go nie rozumieją, jest nieunikniony. Pif-paf!


Niezwykle przejmująca, okrutna, życiowa, mądra, ważna i piękna książka. Kolejna metafora. Kilka obrazów, kilka prostych słów, kilka wewnętrznych monologów i tysiące emocji. Po raz kolejny Quick zostawia nas bez odpowiedzi, pozwala marzyć, pozwala przewidywać i liczyć na to, że los się uśmiechnie do naszego niezrozumianego, zapomnianego przez świat bohatera. Naprawdę trudno jest trafić na jedną z tak wartościowych książek. Autor porusza w niej niezwykle ważne tematy - cierpienia, niezrozumienia, samotności, zobojętnienia, inności, chęci zaistnienia, bycia, życia. A wszystko ubrane jest w ten niemal dziecinnie prosty styl, który wprost uwielbiam. Nadaje on charakter wszystkim powieściom Quicka, wyróżnia autora spośród milionów innych. Pierwszy raz natknęłam się na wykorzystanie przypisów w sposób, w jaki zrobił to Quick - stworzenie w nich wolnych, pourywanych, lecz zgodnych z odniesieniem myśli, które bardzo często zabierały całą stronę, czasem dwie.
Książka jest jakby głową Leonarda - piękną otchłanią pełną lęków, marzeń, myśli. Spomiędzy słów wyziera autentyczność, prawdziwość emocji, które przeżywał Peacock, jego dojrzałość. Rzadko kiedy mam do czynienia z faktycznie żywym bohaterem, lecz czytając Wybacz mi, Leonardzie naprawdę miałam wrażenie, że rozmawiam z dawno niewidzianym przyjacielem.

Myślę, że mogłabym pisać o tej książce godzinami. Sama pochłonęłam ją w niesamowicie szybkim czasie. Historia Leonarda nie pozwala się od niej oderwać, nie pozwala przestać o niej myśleć. To uzależnia. Każda nowa strona była dla mnie niczym prezent, z którego cieszyłam się jak dziecko. I kiedy stron zabrakło, znowu opanował mnie smutek. Nie wiecie nawet, ile dałabym za możliwość dalszej podróży z Leonardem po ulicach wypełnionych spieszącymi się dorosłymi, możliwość przeżywania jego myśli i emocji. Wiem na pewno, że kiedyś do nich wrócę.

Postacie są skonstruowane po mistrzowsku. Główny bohater jest człowiekiem pokroju Charliego z... Charliego (The Perks of Being a Wallflower), czyli idealnym połączeniem dziecięcej nadziei i gniewu czy smutku, które należą do dorosłych. Leonard jest bardzo inteligentnym i wartościowym człowiekiem, jednakże dla otaczających go szarych, jednakowych ludzi - zwykłym świrem, kimś innym i dziwnym. Znajduje on oparcie w równie nietuzinkowych postaciach, np. w starszym, palącym niczym smok sąsiedzie, z którym Leonard kocha oglądać czarno-białe filmy z Humphreyem Bogartem w roli głównej, czy w intrygującym nauczycielu o wyjątkowo dobrym sercu. Niektóre postacie drugoplanowe pokochałam, inne znienawidziłam. Gra na emocjach udała się Quickowi bardzo dobrze.

Wybacz mi, Leonardzie jest tak naprawdę bardzo smutną książką. Ale jestem pewna, że gdyby niektóre sprawy potoczyły się inaczej, bardziej pozytywnie, powieść nie byłaby tak prawdziwa. Nie trafiłaby do mnie w takim stopniu. Ta książka to piękne przesłanie. To coś więcej niż kilka zdań i ich sens wklejony gdzieś pomiędzy słowa. To jest prawdziwe. Nie chodzi mi o wydarzenia, o historię Leonarda. Wszyscy doskonale wiemy, że jest fikcyjna. Chodzi mi o przeżycia, o smutek, strach, rozbawienie, współczucie, przygnębienie ściskające serce. To jest prawdziwe.

Wybacz mi, Leonardzie to książka zmuszająca do głębszych przemyśleń, do zastanowienia się nad jej sensem. Nie można przejść koło niej obojętnie. Mnie ona do głębi wzruszyła i bez zastanowienia mogę ją umieścić na liście moich ulubionych powieści. Zachęcam wszystkich do przeczytania. Myślę, że to jedna z najważniejszych dla mnie książek.

Ocena: 10/10.
EDIT: Ocenę po pewnym czasie z 9/10 postanowiłam zmienić na 10/10 ;)

piątek, 28 sierpnia 2015

"Niezbędnik obserwatorów gwiazd" (rec. 104)


Tytuł: Niezbędnik obserwatorów gwiazd
Tytuł oryginału: Boy 21
Seria: -
Autor: Matthew Quick
Tłumaczenie: Joanna Dziubińska
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 320
Data wydania: 8 października 2014











"Zawsze mogę spojrzeć w kosmos i się zachwycić, bez względu na to, co się dzieje. A gdy spoglądam w górę, moje problemy robią się takie małe. Nie wiem czemu, ale zawsze czuję się wtedy lepiej"

Matthew Quick to amerykański pisarz, znany przede wszystkim ze swojej debiutowej powieści zatytułowanej Poradnik pozytywnego myślenia, która odniosła niesamowity sukces, a na jej podstawie powstał oscarowy film. W Polsce ukazało się kilka jego książek, m. in. Prawie jak gwiazda rocka czy Wybacz mi, Leonardzie.


Witajcie w Bellmont - mieście, gdzie rządzą gangi i irlandzka mafia, a dilerzy narkotykowi spotykani są na każdym kroku. Mieszka tu Finley. Finley niewiele mówi. Odzywa się tylko wtedy, gdy musi. Ma ojca i dziadka, który stracił obie nogi. Od dzieciństwa gra w koszykówkę. Kocha to bardziej niż cokolwiek inne. Jest rozgrywającym w szkolnej drużynie. Razem ze swoją dziewczyną Erin marzy o wydostaniu się z Bellmont. Co wieczór spotykają się i w milczeniu obserwują gwiazdy.
Pewnego dnia trener Finleya prosi go o dziwną przysługę. Ma pomóc Russowi, zagubionemu chłopakowi, którego rodzice zostali zamordowani. Wkrótce Finley i Numer 21 stają się przyjaciółmi.

"Nie zawsze można wybrać rolę, jaką będzie się odgrywać w życiu, lecz cokolwiek by ci się trafiło, dobrze tę rolę grać najlepiej, jak się potrafi"

Drobiazgi. Momenty. Myśli. Sceny.
Ta książka to metafora.
Widzę jej całe piękno w kilku opisanych scenach; widzę, jak Erin i Finley leżą na dachu, obserwując gwiazdy, Numer 21 tworzy własną galaktykę, a dziadek Finleya oddaje wnukowi kilka ostatnich banknotów, które trzymał od wielu lat. To jest dla mnie niesamowicie piękne - dobro, które autor wydobywa ze świata otaczającego bohaterów, kilka scen codzienności, które nadają życiu sens, gesty, które mówią więcej niż słowa, ludzie, dzięki którym mam ochotę po prostu się zatrzymać i popatrzeć w gwiazdy. Magia jest właśnie w chwilach - w tym, co przekazują i co znaczą.

Bohaterowie. Uwielbiam ich. Zwłaszcza to, co mówią. Takich ludzi brakuje w rzeczywistości. Brakuje Erin czy Russa, ludzi, do których pałam niesamowitą sympatią. Oni pokazują coś niesamowitego. Uczą być szczęśliwym, nieważne, co cię spotkało, jak mocno zostałeś zraniony. Uczą zachwycać się tym, czego nie dostrzegają inni ludzie. Zauważać piękno ponad szarością świata. Finley jest niedoskonały i właśnie to lubię w nim najbardziej. Erin jest po prostu świetną przyjaciółką i dziewczyną. A Numer 21? Jest jedyny w swoim rodzaju.

Quick ma swój specyficzny styl. Proste zdania, nieco infantylni narratorzy, którzy próbują zrozumieć otaczający ich świat. Ale jest coś jeszcze. Charakter. Coś, co dostrzega się między słowami. Quick jest autorem, którego twórczość rozpoznałabym wszędzie i pod każdą postacią.
Tą książkę czyta się bardzo szybko. Naprawdę - bardzo szybko. Nie ma czasu na oddech, na mrugnięcie powieki. Mam wrażenie, jakbym tej powieści nie skończyła, jakby po podziękowaniach było coś jeszcze, co ominęłam. I tu możemy znaleźć jeden z niewielu minusów - zakończenie następuje zbyt szybko. W moim odczuciu - jeden z ważniejszych wątków nie zdążył się rozwinąć, a niemal od razu został zakończony.

Tę książkę trzeba przeczytać. Przeczytać i zastanowić się, zrozumieć, wzruszyć. Niezbędnik jest dla mnie myślą, szybką i nieuchwytną, wspomnieniem. Dla mnie jest lepszy niż Poradnik. Ma w sobie coś wyjątkowego. Ma w sobie mądrość, szczerość. Ta książka jest czymś więcej niż tylko książką.

Ocena: 8/10.

piątek, 22 sierpnia 2014

Recenzja "Poradnika pozytywnego myślenia".


Tytuł: Poradnik pozytywnego myślenia
Tytuł oryginału: The Silver Linings Playbook
Seria: -
Autor: Matthew Quick
Tłumaczenie: Maria Borzobochata-Sawicka, Joanna Dziubińska
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 6 marca 2013
Data wydania: 380









"Pamiętaj, przyszłość zaczyna się dziś"


Poradnik pozytywnego myślenia to debiut amerykańskiego pisarza, Matthew Quick'a, który rzucił posadę nauczyciela języka angielskiego, żeby dokończyć swą powieść. Jak można by się spodziewać, książka odniosła ogromną popularność - długo utrzymywała się na listach bestsellerów i doczekała się swojej adaptacji filmowej z Bradleyem Cooperem i Jennifer Lawrence w rolach głównych. W Polsce ukazały się dotychczas dwie powieści Quicka - Poradnik pozytywnego myślenia oraz Niezbędnik obserwatorów gwiazd.

"- Potrzebujesz przyjaciela.
- Jak każdy"

Pat wychodzi z zakładu dla psychicznie chorych z nowym spojrzeniem na świat. Sądzi, że życie to tak naprawdę film i prędzej czy później zakończy się happy endem, czyli powrotem ukochanej żony - Nikki, która, jak utrzymuje Pat, wyjechała. Musi tylko spełnić kilka warunków. Po pierwsze - stać się miły i przestać stawiać na swoim. Po drugie - stać bardziej atrakcyjny (bo Nikki lubi zadbanych mężczyzn), co oznacza godziny ćwiczeń i bieganie po ulicy w worku na śmieci. Po trzecie - przeczytać wszystkie ulubione książki żony, która zawsze narzekała, że Pat nie czyta. Po czwarte - nieważne, co się stanie, musi myśleć pozytywnie. Jednak nie wszystko idzie po myśli Pata. Ojciec nie chce z nim rozmawiać, ukochana drużyna futbolowa przegrywa kolejne mecze, prześladuje go znienawidzona piosenka Kenny'ego G, a on sam nie może uwolnić się od nieco stukniętej Tiffany. Czy dzięki pozytywnemu myśleniu film Pata zakończy się happy endem?

"Patrzenie na chmury pod słońce jest bolesne, ale jak większość rzeczy, które przynoszą ból, pomaga"

Czasem zabawna, czasem poruszająca, niezwykle prawdziwa opowieść o dążeniu do celu, ciężkiej pracy w pogoni za marzeniami, o nieuleczalnej miłości i szukaniu nadziei. Książka, która poprawia humor, motywuje i przypomina, że zawsze można zmienić coś w swoim życiu. Niezwykle pozytywna i życiowa.

Bohaterowie to duży plus powieści. Pat i Tiffany to przyjaciele, w pewien sposób bardzo do siebie podobni - oboje łykają kolorowe pastylki, które przepisują im terapeuci, oboje wyróżniają się z tłumu i oboje dążą do spełnienia marzeń. To właśnie ich przyjaźń, ich więź, która w trudnych chwilach dodawała im siły najbardziej mnie poruszyła. Dla mnie nie są oni przykładem miłości - są przykładem przyjaźni na dobre czy na złe, bo nieważne co się stanie, żaden z nich nie opuści tej drugiej osoby. To jest piękne.
Co do reszty bohaterów nie mam zarzutów. Każdy z nich posiadał niepowtarzalną osobowość.

Podoba mi się styl Quicka. Autor pisze po swojemu, swobodnie, prosto. Warto dodać, że narratorem mianował samego Pata, co nie było takim prostym zadaniem. Pat to w końcu osoba dziecięco naiwna, ślepo wierząca w powrót Nikki, zaprzeczająca smutnej prawdzie i trochę zagubiona. Przemyślenia, tak jak sam bohater, musiały być nietuzinkowe.

Słowem: polecam.

Ocena: 7/10.

środa, 4 września 2013

Recenzja książki "Klątwa tygrysa".


Tytuł: Klątwa tygrysa
Tytuł oryginału: Tiger's Curse
Seria: Klątwa tygrysa (tom 1)
Autor: Colleen Houck
Tłumaczenie: Martyna Tomczak
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 360
Data wydania: 5 marca 2012











"[...] nie pozwalałam sobie na to, by kogokolwiek pokochać, gdyż bałam się, że zostanie mi odebrany"


Klątwa tygrysa to książka, o której ostatnimi czasy głośno. Jest nazywana literackim fenomenem, wielkim odkryciem, niesamowitą, zapierającą dech w piersiach powieścią. Albowiem jest to książka odrzucona przez wydawców, pokochana przez setki miłośników literatury fantastycznej, jak i romansu. Podbiła ona listy bestsellerów, a producenci filmowi walczą ze sobą o prawa do sfilmowania serii.
Colleen Houck to czterdziestoczteroletnia amerykańska autorka. Serię Klątwa tygrysa postanowiła napisać po przeczytaniu sagi Zmierzch autorstwa Stephenie Meyer. Nie znalazła dla swojego cyklu odpowiedniego wydawcy, więc postanowiła opublikować pierwszą część serii za własne pieniądze. I wtedy wydarzyło się coś nie całkiem prawdopodobnego. Książka zdobyła pierwsze miejsca na listach bestsellerów i wielu wiernych czytelników, miłośników historii o Kelsey i Dhirenie.

"Klucz do szczęścia to starać się wykorzystywać to, co przyniesie los, i być za to wdzięcznym"


Kelsey Hayes była zwykłą nastolatką... Do czasu...
Zbliżają się wakacje. A Kelsey, ukończywszy liceum, pragnie znaleźć tymczasową pracę. Odpowiednią dla niej ofertę dostaje w pewnym cyrku, w którym potrzebna jest pomoc w sprzątaniu po występach, a również w sprzątaniu klatek psów oraz pewnego białego tygrysa. Dziewczyna chętnie przyjmuje propozycję pracy. Z przyjemnością pomaga nowo poznanym przyjaciołom. Sprząta, rozdaje bilety... ogląda treningi wielkiego kota... Aż pewnego razu znajduje się z Dhirenem, białym tygrysem, sam na sam. Może, po raz pierwszy, przyjrzeć się jego pięknym, magnetycznym oczom i rozkoszować się widokiem lśniącego futra. Między Kelsey a zwierzęciem powoli rodzi się niewytłumaczalna więź. Więc kiedy tajemniczy przybysz z Indii, znany jako "pan Kadam", chce zabrać Dhirena do Narodowego Parku w rodzinnym kraju, a zarazem wziąć dziewczynę z sobą, Kelsey nie wacha się długo. Wyrusza w niesamowitą podróż. Nie wie nawet, że tygrys jest w rzeczywistości zaklętym indyjskim księciem, a ona sama wybranką, która pomoże mu w złamaniu klątwy. Nie wie nawet, że musi stawić czoła wielu niebezpieczeństwom, by pomóc Dhirenowi i odkryć, czym jest prawdziwa miłość.

"O tym, co jest prawdziwe, a co nie, każdy musi zdecydować we własnym sercu"


Książka urzeka niesamowitą, tajemniczą, wręcz piękną okładką. Opis? Podobnie. Całość zachęca, interesuje i wzbudza nasze zaciekawienie. A w dodatku z wieloma pozytywnymi opiniami... książka aż się prosi, by ją przeczytać!
Lecz za anielską oprawą kryje się coś jeszcze. Banalni, irytujący bohaterowie. Słaby styl autorki. Kiepskie dialogi. Wątek miłosny, który pozostawia jedynie złe samopoczucie, niesmak i niemiłe wspomnienia. A cała książka nie wnosi nic nowego, nie daje czytelnikowi ważnych lekcji i, po prostu, nie zaciekawia. Bo może jest to powieść przyjemna, na deszczowy, chłodny wieczór, kiedy możemy zniknąć w kocu, z gorącą herbatą i książką. Ale Klątwa tygrysa nie trzyma w napięciu, nie budzi zainteresowania i nie skrywa w sobie wielkiej tajemnicy, którą to my, czytelnicy, możemy odkryć.

Kelsey zaczyna pracę w cyrku. Może być świadkiem licznych występów oraz treningów. I tam, wśród stosu kukurydzy, kolorowych strojów i pamiątek, po raz pierwszy widzi tygrysa. Tygrysa, który skrywa jeszcze jedną twarz. Za białym futrem i magnetycznymi oczami bowiem ukryta jest twarz młodego indyjskiego księcia, na którego rzucono okropną klątwę wiele lat temu. A Kelsey, wybierając się na niezapomnianą wędrówkę do Indii, ma szansę tę twarz poznać...
Pomysł jest interesujący, z pewnością bardzo oryginalny. Dzięki Klątwie tygrysa możemy poznać bliżej barwny świat Indii, poznać hinduskie legendy i niezwykłe historie, zwyczaje. I miałam nadzieję, że wątek o indyjskich bóstwach i hinduskich historiach będzie lepiej wykorzystany. Bo kiedy narodziło się uczucie między Kelsey a Dhirenem, klątwa przeszła na drugi plan. "Och, nie mogę z nim być, chociaż tak bardzo go kocham" było zdaniem, które widniało niemal na każdej stronie.

Postacie są słabo wykreowane i... po prostu irytujące. Główna bohaterka swoim beznadziejnym zachowaniem przyprawia czytelnika o zawrót głowy, a Dhiren - niezwykle przystojny, urzekający, olśniewający, niczym grecki bóg - jest postacią wyjątkowo banalną. Więc kiedy zbliżają się do siebie, nadzwyczyjanie przeciętna nastolatka i piękny indyjski książę, można spodziewać się mieszanki wybuchowej.
W negatywnym tego słowa znaczeniu.

Komu mogę polecić Klątwę tygrysa? Najodpowiedniejszym wyborem byłoby wskazanie młodych ludzi, którzy uwielbiają gatunek paranormal romance. Więc jeśli jesteście odważni i macie ochotę zapoznać się z kolejną typowo młodzieżową banalną historią - zapraszam!

Ocena: 3/10.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Czytam fantastykę".

środa, 22 maja 2013

Recenzja książki "Zawsze przy mnie stój".

Zastanawiam się, po co te wstępy. Tak czy inaczej, przeczytałam kolejną książkę.
Z góry pragnę przeprosić za nieudaną recenzję. Brak weny i brak czasu, niestety.


Tytuł: "Zawsze przy mnie stój"
Autor: Carolyn Jess-Cooke
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron:  320

"Tam, gdzie jest miłość, nie ma przeszkód nie do pokonania"

O czym opowiada książka:

Margot po swojej śmierci wraca na Ziemię. Jako swój własny Anioł Stróż. Od tej chwili będzie świadkiem wszystkich błędów, jakie popełniła. Ma towarzyszyć swojej osobie od dnia narodzin do chwili śmierci. Będzie dokonywać trudnych wyborów. Ma za zadanie uchronić Margot przed demonami. Ma za zadanie
"Obserwować. Chronić. Rejestrować. Kochać".

Kilka słów ode mnie:

Spojrzałam na okładkę oraz przeczytałam opis. I wiedziałam, że powinnam zabrać się za "Zawsze przy mnie stój". Mówiłam "muszę mieć tę książkę, muszę mieć tę książkę", aż w końcu rodzice kupili mi ją na któreś tam święto. Nie mogłam się doczekać, aż chwycę tę lekturę i zacznę pierwszą stronę.
Książka mnie nie zawiodła.

To lektura niesamowita. Opisuje życie kobiety, która ma za sobą tortury w sierocińcu, a teraz ma problemy z alkoholem, rozbite małżeństwo i musi wychować agresywnego syna. Chciałam poznać historię Margot i trochę żałuję, że już skończyłam tę książkę.

Pomysł:

Pomysł wydaje się być bardzo interesujący. Tak, słyszałam wiele opowieści o Aniołach Stróżach, ale żeby pewna dziewczyna cofnęła się w czasie i chodziła za sobą krok w krok - tego się nie spodziewałam. I bardzo mnie zainteresowały skrzydła owych istot. Zamiast pokrytych piórem wielkich skrzydeł jak u ptaka Aniołom wypływają z pleców strumienie wody. To bardzo oryginalne, według mnie. Pomysł mnie zaciekawił.

Styl pisania:

Pomimo że autorce czasami zdarzały się wpadki, kiedy napisała "spoko", wybaczę jej. Może wezmę pod uwagę fakt, że syn Margot, mający za cel mówić jak najmniej, rozmawiał monosylabami. Czasami miałam wrażenie, że Ruth (czyli Margot po śmierci) mówi do siebie, a czasami do mnie. To mi się nie podobało. Ale do wszystkiego innego nie mam zastrzeżeń. Pełne, jasne opisy. Jest dobrze.

Postacie:

Pomimo że Margot za życia czasami mnie denerwowała, kiedy postępowała... po prostu źle, postacie, według mnie, na plus. Bardzo polubiłam Toby'ego i Theo. Hildę mniej, ale była ona rozpoznawalna, jedyna w swoim rodzaju. W sierocińcu też było tak... specyficznie. O Grobowcu i innych strasznych miejscach czytało mi się najlepiej.
Ale denerwowała mnie postawa Margot. Kiedy coś ją zasmuciło - brała butelkę. Kiedy czuła się zła - brała butelkę. I co z tego, że leczyła się ileś tam razy, a Ruth zapewniała, że jest już w porządku. To zawsze kończyło się tak samo.

Okładka, tytuł, opis z tyłu (opis - KLIK):

Okładka jest piękna, taka delikatna. Nie mogłam od niej wzroku oderwać.
"Zawsze przy mnie stój" to kawałek modlitwy do Anioła Stróża. Według mnie tytuł trafiony. Interesujący.
Aniele Boży,
Stróżu mój,
Ty zawsze przy mnie stój.
Opis bardzo mnie zachęcił, to dzięki niemu zadecydowałam, że chcę tę książkę. Nie żałuję.

Ocena: 8/10.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Recenzja książki "Delirium".

Hm, przeczytałam kolejną książkę...


Tytuł: "Delirium"
Autor: Lauren Oliver
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 360
Link do opisu: KLIK

"Kocham cię. Pamiętaj. Tego nam nie odbiorą"

Kilka słów ode mnie:

Wybaczcie mi, ale musiałam dodać ten cytat. Musiałam.
Na początek chcę powiedzieć, że czuję się trochę głupio. Wszyscy już dawno skończyli ostatnią część, a ja przeczytałam dopiero pierwszą. No cóż, w końcu trzeba zacząć.

Wzruszyłam się, chociaż od dawna nie wzruszyłam się przy żadnej książce. Naprawdę, łezka mi poleciała, co nie zdarzyło się od dawna. Bardzo piękna książka, polecam każdemu.
Ta książka nie była tylko o miłości. Była o wolności, o szczęściu i nieszczęściu, o pięknie, o niesprawiedliwości i okrucieństwie ludzi.

Pomysł:

Książka opowiadała o świecie, w którym ludzie uznali miłość za chorobę. Wynaleźli lekarstwo na miłość. A Lena, główna bohaterka, dowiaduje się, czy miłość powinna uznana być za chorobę. Przynajmniej ja to tak postrzegam (link z opisem u góry, gdybyście mieli ochotę z opisem się zapoznać).
I muszę przyznać autorce, że znalazła świetny pomysł na książkę. Od razu, kiedy przeczytałam opis, pomyślałam, że muszę przeczytać tę książkę.
Nie zawiodłam się na niej.

Styl pisania:

Styl pisania mi się podobał. To zdanie powtarzam tak często, ale do "Delirium" pasuje idealnie.
Bardzo dużo w tej książce było opisów. Nie wiem, czy dla większości to plus, czy minus, lecz dla mnie zdecydowanie plus. Łatwiej było mi się rozeznać w książce, nie błądziłam po świecie Leny, lecz wiedziałam, gdzie główna bohaterka się znajduje i jak wygląda miejsce, w którym się znajduje. Tak samo jak z postaciami.
Emocji i uczuć Leny też było dużo. I to mnie bardzo cieszy.

Postacie:

Postacie były wspaniałe. Chociaż jednak Hana i Alex byli jakby wyidealizowani, to polubiłam ich. A zwłaszcza Alexa. Nie do końca wiem dlaczego, ale jego. Może dlatego, że powiedział wiele wzruszających i mądrych słów i po prostu... mnie wzruszył.
Lena i Grace też były świetne. Bunt, odwaga i miłość (chociaż Lena... no cóż, dopiero po połowie książki zaczęła mnie zaskakiwać).

Okładka, tytuł, opis z tyłu:

Okładka jest po prostu piękna. Nie mogłam się na nią napatrzeć. Jest ciekawa, specyficzna i skomplikowana. Piękna.
Tytuł - "Delirium". Chociaż nie wiedziałam, co oznacza to słowo (nadal nie wiem, przyznam się bez bicia) to wydaje mi się takie dziwne, ciekawe.
Opis z tyłu - jak najbardziej mnie zachęcił. Nic dodać, nic ująć. Zresztą jak zawsze.

Ocena: 8,5/10.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Recenzja książki "Przez burze ognia".

No cóż, jak się domyślacie, kolejną książkę mam z głowy...


Tytuł: "Przez burze ognia"
Autor: Veronica Rossi
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 368
Link do opisu: KLIK

Kilka słów ode mnie:

Sądziłam, że książka będzie świetna. I się nie pomyliłam! Książka była naprawdę niesamowita, chociaż niektórym, według mnie, mogłaby się nie spodobać. Na początku miałam wrażenie, że czytam książkę, którą się lubi, chociaż nie wie się, dlaczego. A potem nabierałam przekonań, że czytam książkę, którą się lubi, bo jest dobra.

Pomysł:

Chyba każdy, kto przeczytał tę książkę, powie, że pomysł był fenomenalny. Kocham tę książkę głównie z powodu pomysłu. Veronica Rossi naprawdę stworzyła oszałamiające światy. Każdy z nich w jakiś szczególny sposób się wyróżniał. Świetne zakończenie, zwłaszcza z Vale'em, jego plany, jeśli ktoś ma pojęcie, o czym mówię ;)
Nie wiem, co jeszcze dodać. Nie umiem...

Styl pisania:

Styl pisania mi się podobał. Opisy były pełne, pełno było emocji i uczuć bohaterów, czego ostatnimi czasy w książkach bardzo mi brakuje. Nie było żadnych wnerwiających słówek, np. "kretynka". Nareszcie! Och, jak mi łatwo, szybko i sprawnie czytało się tą książkę. Aż nie mogę uwierzyć, że już ją skończyłam! Język był prosty, ale piękny w swój sposób. Taki, jaki ma być.

Postacie:

Na początku wydawało mi się, że Aria to kolejna irytująca, żałosna dziewczyna. Bardzo się pomyliłam. Rzeczywiście, kiedy została wyrzucona z Reverie, zachowywała się po prostu... jakby była głupia. Panikowała, przypominała mi człowieka, który ma obsesję na punkcie higieny. Potem zachowywała się jak Wykluczony, co mnie ucieszyło. Perry'ego polubiłam od razu - może dlatego, że strzelał z łuku :)

Okładka, tytuł, opis z tyłu:

Okładka - spodobała mi się, chociaż ta dziewczyna trochę mnie denerwowała.
Tytuł - zainteresował mnie. Kiedy zobaczyłam tytuł "Przez burze ognia", wiedziałam, że ta książka będzie ciekawa. Nazwa bardzo oryginalna, jak dla mnie.
Opis z tyłu - zachęcił mnie. No cóż, nic dodać, nic ująć. Zachęcający.

Ocena: 8/10.