Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2016

"Wróżbiarze" (rec. 117)


Tytuł: Wróżbiarze
Tytuł oryginału: The Diviners
Seria: Wróżbiarze (tom 1)
Autor: Libba Bray
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 624
Data wydania: 28 listopada 2012











Libbie Bray przyniósł rozgłos już jej debiut, Mroczny sekret, początek trylogii Magiczny krąg. Wróżbiarze to jej szósta powieść. Napisała jednak wiele sztuk i opowiadań, które, jak sama mówi, "nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego". Rajskie życie utożsamia z siedzeniem w ulubionej kawiarni z notebookiem i filiżanką gorącej kawy.


Lata 20. Ucieczka z małego miasteczka w Ohio do Nowego Jorku, choć miała być karą, jest dla Evie O'Neill spełnieniem marzeń. Nigdy nie pasowała ona do grzecznego sąsiedztwa i surowych reguł, których kazano jej przestrzegać. W wielkim mieście może wreszcie odnaleźć swój świat - świat pełen zabawy, alkoholu i tancerek rewiowych.
Jednak cudowny Nowy Jork ma też swoją mroczną stronę. Gdzieś w otchłaniach opuszczonych budynków budzi się dawny koszmar. Wkrótce zaczynają ginąć ludzie. Zbrodnie są okrutne i makabryczne, lecz starannie zaplanowane. Jaki związek z nimi może mieć Evie? I czym okażą się być jej sekrety i umiejętności odczytywania ludzkich tajemnic?


Jedno z największych czytelniczych zaskoczeń, które ostatnio przeżyłam. Bo sami powiedzcie - czego można się spodziewać po książce z kategorii literatury młodzieżowej, której głównymi tematami są magiczne moce i odkrywanie uroków nocnego świata Nowego Jorku oczami nieodpowiedzialnej osiemnastolatki, która, rzecz jasna, ma ową tajemniczą moc? Może dodam jeszcze, że ta nasza urocza i niezwykle irytująca bohaterka ma swój udział w łapaniu zabójcy, który wzoruje się na jakiejś starej księdze. I co, nadal chcecie przeczytać tę książkę? A co powiecie, gdy dodam, że ową powieść znalazłam na stronie księgarni internetowej za osiem złotych?
Tak, pozory mogą mylić. I to jak. Bo pomijając kilka niedociągnięć, ta książka jest naprawdę przyjemna. I naprawdę bardzo miło spędziłam czas, czytając ją. Bo może nie jest to lektura wybitna, która zmusi was do głębokich rozważań, lecz z pewnością może wciągnąć was w swój świat, zaciekawić i sprawić, że naprawdę polubicie żyjące w nim postacie. 

Największą wadą tej książki jest w moim odczuciu sama główna bohaterka - Evie. Posiada ona ]paletę najróżniejszych wad, które kłują mnie w oczy jak igły. Nienawidzę osób zadufanych w sobie. Nienawidzę osób egoistycznych. Nienawidzę osób, które myślą, że wiedzą wszystko i że ich zdanie jest najważniejsze. A Evie jest właśnie taką osóbką. Chwała Bogu, że wraz z rozwijającą się akcją zmienia się na lepsze. Przestaje być pustą dziewczyną, której głównym celem życiowym jest imprezowanie i picie dżinu. Bo nie wiem, czy wytrzymałabym z "początkową Evie" całe te 624 strony.

Wróżbiarze posiadają bardzo dużo wątków i postaci, z których niektóre w pierwszej części serii zostały ledwie przedstawione. Tytułowych Wróżbiarzy jest tu bardzo mało, oprócz samego faktu, że są. Choć nawet niektórzy nie wiedzą, że nimi są. Fabuła kręci się wokół Paskudnego Johna, czyli okrutnego zabójcy, którego próbują dorwać wszyscy, choć nikt nie umie. Historia Paskudnego Johna była bardzo intrygująca, mimo że uważam jego postać za trochę jednowymiarową. Żałuję, że autorka nie przedstawiła go bardziej jako człowieka, człowieka ze słabościami i żywymi myślami. Był po prostu potworem. I choć lubię grozę, ten zabieg niezbyt mi się podobał.
Wracając do samych Wróżbiarzy, bardzo głupim wydaje mi się postanowienie, by stworzyć ich wszystkich (no cóż, przynajmniej tych ważniejszych):
  1. Mających po tyle samo lat.
  2. Mieszkających w tym samym mieście.
  3. Znających się nawzajem.
  4. Nie znających się na tyle, by wiedzieć, że inni też są Wróżbiarzami.
Nie wiem jak w waszym odczuciu, lecz dla mnie wydaje się to po prostu zbyt nieprawdopodobne, by rzeczywiście mogło mieć miejsce.

Dobrze, ponarzekałam, teraz czas przejść do mniej przyjemnych rzeczy. Po pierwsze - bohaterowie. Oprócz wyżej wspomnianej Evie, naprawdę ich polubiłam, choć czuję, że nie całkiem poznałam. Cieszę się, że autorka postanowiła ich uczłowieczyć - przedstawić nam ich myśli, byśmy sami ocenili, kim są, a nie robili tego, kierując się zdaniem Evie. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach Libba Bray ujawni trochę więcej tajemnic z ich przeszłości.

Po drugie - sama fabuła. Do stylu pisania autorki nie mogę się nijak przyczepić, gdyż pisała ona w bardzo przystępny i fajny sposób (zwłaszcza podobały mi się opisy, hmm, zjawisk? Nadal pamiętam fragment, który został opowiedziany przez wiatr). Lecz akcja, choć w opiniach wielu zbyt długa i nudna, dla mnie była bardzo ciekawa. Podobało mi się samo szukanie mordercy (do którego miałam początkowo wiele wątpliwości), jak również myśli i wspomnienia bohaterów. Brakuje mi jednak akcji związanej z samą naturą Wróżbiarzy, jak również z przedziwnymi wizjami, które ich nawiedzały.
Pozytywnie zaskoczył mnie okultyzm i różne apokaliptyczne smaczki, które autorka dodała do swej powieści. Podoba mi się, że zbrodnie były okrutne i makabryczne, oraz to, że wybory następnych ofiar wcale nie były tak oczywiste i łatwe do przewidzenia.

Podsumowując, Wróżbiarze mają swe wady, mają jednak wiele zalet. Jeśli lubicie młodzieżówki, tajemnice i mrok upakowane w tak pokaźne rozmiary, śmiało zabierzcie się za lekturę. Ja czasu spędzonego z powieścią na pewno nie żałuję.

Ocena: 7/10.

wtorek, 3 maja 2016

"Wielki Gatsby" (rec. 115)


Tytuł: Wielki Gatsby
Tytuł oryginału: The Great Gatsby
Seria: -
Autor: F. Scott Fitzgerald
Tłumaczenie: Kazimierz Cap
Wydawnictwo: Bellona
Liczba stron: 192
Data wydania: 2013











F. Scott Fitzgerald był amerykańskim pisarzem, nowelistą, scenarzystą filmowym i jednym z czołowych przedstawicieli straconego pokolenia, który w swych dziełach wyrażał bunt wobec rzeczywistości powojennej. Napisał pięć powieści i wiele opowiadań.


Lata dwudzieste. Nick Carraway, pragnąc się ustatkować, przeprowadza się do West Egg i rozpoczyna pracę maklera giełdowego. Los sprawia, że trafia tuż obok wielkiej rezydencji Jaya Gatsby'ego, tajemniczego bogacza, znanego ze swych głośnych, rozrzutnych i szalonych imprez. Pewnego dnia Nick otrzymuje zaproszenie na takowe przyjęcie. Choć większość gości nawet nie zna gospodarza imprezy, on postanawia się do niego zbliżyć. Wkrótce, jako jeden z nielicznych, poznaje prawdziwe oblicze Gatsby'ego, jego historię, pragnienia i myśli.


Wielki Gatsby to przede wszystkim metafora. Pamiętam, że gdy skończyłam lekturę, czułam się odrobinę rozczarowana. Myślałam: "I to jest ta piękna, głęboka, niezwykle życiowa powieść, która łamie serca?" Nie widziałam w niej tego, czym tak zachwycali się inni. Wydawała mi się zupełnie... zwyczajna.
Teraz rozumiem, że ta książka rzeczywiście jest i piękna, i głęboka, i niezwykle życiowa. Nie każdy jednak będzie w stanie to w niej dostrzec, bo głębię, sens, przekaz i wartości czytelnik ma za zadanie odszukać samemu. Ma błądzić między słowami, między niedopowiedzeniami, wyciągać wnioski i uzupełniać pozostawione dla niego luki. Myślę, że nie zrozumiałam tej powieści zupełnie. By w pełni pojąć jej treść, będę musiała przeczytać ją ponownie. Ale przecież właśnie takie książki cenię sobie najbardziej! Niedopowiedziane, tajemnicze, subtelne, pełne domysłów, a nie jasno postawionych faktów. Wiem, że między słowami Wielkiego Gatsby'ego czeka na mnie coś jeszcze, coś ulotnego i dotychczas niewidzialnego. Uważam, że jest to najpiękniejszym prezentem, jaki mógłby podarować mi jakikolwiek autor. Tajemnicę. I możliwość jej odkrywania.

Wielki Gatsby jest dla mnie przede wszystkim powieścią o nieprawdziwości uczuć, miłości, chciwości i zaślepieniu marzeniami. To opowieść niezwykle smutna, choć pełno w niej alkoholu, zabawy i pięknych kobiet. Bo tak naprawdę cóż to wszystko znaczy, jak nie tylko powierzchowne szczęście, szczęście na niby i na chwilę? Nick, narrator powieści, jest niezwykle cichą, lecz inteligentną osobą. Wydaje się on widzieć, czym są wyprawiane przez Gatsby'ego imprezy, lecz milczy, pozwalając przyjacielowi wciąż topić się w marzeniach, w swym pozornym szczęściu. Wielki Gatsby jest trafnym potwierdzeniem niby banalnego, lecz bardzo prawdziwego przysłowia - Pieniądze szczęścia nie dają.

Bohaterowie powieści są skonstruowani dobrze - mają odmienne charaktery, zachowania i zwyczaje - lecz nie darzę ich sympatią. Polubiłam jedynie naszego narratora, Nicka, oraz, po części, tytułowego Gatsby'ego. Nick myślał rozsądnie, był inteligentny i nie pochwalał niektórych zachowań swych znajomych, choć pozwalał im wybierać. Gatsby czasami wydawał mi się zagubionym, małym dzieckiem goniącym balonik, który wyślizgnął mu się z ręki. Daisy irytowała mnie niesamowicie. Choć na pewno posiadała trochę rozumu w swej ślicznej główce, wybrała bycie naiwną i słodką. Nie wspomnę o wartościach, którymi kierowała się w życiu... Dobrze, idąc dalej, nie rozumiałam Toma, który zdradzał żonę, a jej samej nie pozwalał spotykać się z innym mężczyzną. Ogólnie, uważam bohaterów za niesympatycznych, a ich wypowiedzi niekiedy były naprawdę, naprawdę bardzo sztuczne i nierealistyczne.

Rozczarowała mnie jeszcze jedna rzecz - język. Podobno tak piękny, dla mnie był tak naprawdę bardzo zwyczajny. Podejrzewam, że jeśli inni wychwalają styl Fitzgeralda, to może być to wina tłumaczenia, dlatego nie jestem w swym oskarżeniu tak ostra. Tak naprawdę zżera mnie ciekawość, jak odbiorę Wielkiego Gatsby'ego w innym tłumaczeniu, dlatego zamierzam taką książkę znaleźć i ponownie zagłębić się w świat miłości, zdrad, pieniędzy i tragedii.
Nie podobało mi się rozporządzenie fabułą powieści - Fitzgerald zbyt wiele miejsca poświęcił nieistotnym wręcz wątkom, a za mało przeznaczył Gatsby'emu. Tak naprawdę odczuwam pewien niedosyt - niedosyt tego tajemniczego, intrygującego głównego bohatera, którego nie zdążyłam za bardzo poznać.

Podsumowując, Wielki Gatsby to bardzo dobra powieść, niepozbawiona zarówno wad, jak i zalet. Jest tajemnicza, smutna, subtelna i życiowa. Myślę, że sięgnę po nią jeszcze niejeden raz i za każdym razem będę znajdowała coś nowego.

Ocena: 7/10.

środa, 20 kwietnia 2016

"Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (rec. 114)


Tytuł: Harry Potter i Kamień Filozoficzny
Tytuł oryginału: Harry Potter and the Philosopher's Stone
Seria: Harry Potter (tom 1)
Autor: J. K. Rowling
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 324
Data wydania: 10 kwietnia 2000











J. K. Rowling nie trzeba przedstawiać. Jej najpopularniejsza seria również jest Wam bardzo dobrze znana. Joanne wpadła na jej pomysł, gdy czekała na spóźniony pociąg. Po napisaniu kilku rozdziałów chodziła od wydawcy do wydawcy, jednak każdy odmawiał wydania jej powieści. W końcu pewien wydawca dał je do przeczytania swojej młodszej córce, którą wprost zachwycił świat czarodziejów. Wkrótce opowieść o Chłopcu, Który Przeżył rozrosła się do siedmiu tomów, zdobyła miliony oddanych fanów i zrobiła Rowling pierwszym damskim pisarzem, który zarobił miliardy.


Tego, co napiszę, nie mogę za bardzo nazwać recenzją. To bardziej... przemyślenia. Bo przecież każdy wie, kim jest Harry Potter, Chłopiec, Który Przeżył. Miłośnicy książek dzielą się na tych, którzy go kochają, na tych, którzy go nienawidzą i na tych, którzy nigdy nie zechcą go poznać. Każdy jest jednak w swoim przekonaniu utwierdzony. Ci, którzy nie przeczytali i nie zamierzają tego zmienić, pewnie ominą moją recenzję, sprawdzając tylko, czy jest pozytywna, czy wręcz przeciwnie. Nie zdołam zmienić niczyjego nastawienia do tej pozycji. A jednak, nadal pragnę o niej napisać.

Harry Potter i Kamień Filozoficzny jest dla mnie ważny z pięciu powodów:
  1. To jedna z pierwszych książek, jakie przeczytałam w całym moim życiu.
  2. To jedna z pierwszych książek, dzięki którym pokochałam czytanie i odkryłam magię wynikającą z przeżywania kolejnych żyć na tych niepozornych białych stronach.
  3. To historia, która stała się jedną z największych inspiracji mojej młodszej wersji - kazała jej pisać swoje pierwsze teksty i odkrywać wspaniały świat magicznych stworzeń i czarów, o których naprawdę wiele, wiele książek znajduje się na mojej półce.
  4. To jedna z pierwszych historii, przy której śmiałam się i płakałam, a moje serce rosło i pękało.
  5. To pierwsza książka, którą mogłam odkryć na nowo - przeczytać po raz drugi.
Do ponownego przeczytania Harry'ego zachęcił mnie maraton wszystkich filmowych części, który ostatnio sobie urządziłam. Dzięki niemu na nowo odkryłam moją miłość do tej serii, do jej bohaterów i przede wszystkim wspaniałego świata, który stworzyła Rowling. Postanowiłam, że muszę natychmiast zabrać się za książki. I nie żałuję. Sama jestem w olbrzymim szoku, jak wiele fragmentów i niuansów uciekło mi przez te kilka lat od ostatniego czytania. W ich nieistnieniu utwierdziły mnie oczywiście filmy, które, chociaż kocham, to muszę przyznać, że pokazują tylko najważniejsze fragmenty fabuły i przez to ta cała magia... może uciec, może nie wystarczać. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam czytać o takich rzeczach jak uczenie się nowych zaklęć, mecze quidditcha czy nawet kupowanie książek do zielarstwa! Takie szczegóły, których nie można znaleźć na ekranie, sprawiają mi najwięcej radości. Cieszę się, że po tylu latach, po siedmiu książkach i ośmiu wielokrotnie oglądanych filmach nadal mogę znaleźć tu coś nowego, czego tak brakuje mi po skończeniu całego cyklu (bo nie ukrywam, że podobnie jak każdy fan Harry'ego, po prostu czasami tęsknię za tą historią).

Dla mnie Harry to przede wszystkim niesamowity świat, w którym tak cudownie byłoby się znaleźć, ukochani bohaterowie i przekaz. Wiem, że jest to książka kierowana przede wszystkim do dzieci, ale sposób jej napisania trochę mi przeszkadza. Czyta się ją bardzo szybko i lekko, to prawda, ale bardzo proste zdania i zadawanie sobie pytań przez głównego bohatera (oczywiście wplątując je między zdania, by czytelnik przypadkiem nie zapomniał, czego Harry powinien się dowiedzieć), czyli, prościej mówiąc, podawanie wszystkiego na tacy, odrobinę mnie irytowały i tworzyły tę aurę sztuczności wokół dialogów i opisów zachowań. To jest jedyny minus, jaki dostrzegam w tej historii, jednak na tyle duży, by zmienić ogólną ocenę na nieco mniej pozytywną. Może jestem skończonym draniem, ale po prostu nie potrafię tego ignorować, w końcu styl pisania to jeden z najważniejszych aspektów tworzących historię i, przede wszystkim, jej klimat.

Wciąż trochę ciężko mi oceniać Kamień Filozoficzny jako coś odrębnego, gdy znam już całą opowieść. Mogę stwierdzić, że pod względem wydarzeń to chyba najsłabsza ze wszystkich siedmiu części, jednak ratuje ją ta aura początku, nieporadny Harry, z którym wspólnie wędrujemy przez korytarze Hogwartu, zapoznawanie nas ze światem, do którego tak wspaniale było mi wrócić. Wiem na pewno, że to jedna z książek, w których zawsze odkrywa się coś nowego, która za każdym razem porywa, której każda strona przenosi w zupełnie inny świat. Pozwala, choć na chwilę, na zrzucenie skóry mugola i przeżycie cudownych, magicznych przygód razem z Potterem i jego przyjaciółmi. Mam wielki sentyment do tej powieści i wiem, że już zawsze będzie ona jedną z moich ulubionych, lekiem na zły humor, przypomnieniem o potędze przyjaźni i miłości, ponadczasową historią o odwadze, marzeniach, dobru i złu oraz niezastąpioną przygodą, do której mogę wracać i wracać. Mogę wciąż zmieniać się w tą małą czarownicę, która tak marzyła o przeszukiwaniu wnętrz Ksiąg Zakazanych, wędrowaniu między drzewami Zakazanego Lasu i rzucaniu zaklęć. To jak powrót do domu. To jak coś, co towarzyszyło mi przy niewielu książkach. Może właśnie tylko przy Harrym.

Wciąż wykraczam poza granice tomu pierwszego, lecz nie mogę nie oceniać całości. Harry Potter to cudowna historia pełna nadziei i ciepła. Warto ją czytać i warto do niej wracać. Ja już nie mogę doczekać się ponownego spotkania z Komnatą Tajemnic.

Ocena: 7,5/10.

czwartek, 31 marca 2016

"Wołanie kukułki" (rec. 112)


Tytuł: Wołanie kukułki
Tytuł oryginału: The Cuckoo's Calling
Seria: Cormoran Strike (tom 1)
Autor: Robert Galbraith (J. K. Rowling)
Tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 452
Data wydania: 4 grudnia 2013











Umarli mogą mówić jedynie ustami tych, którzy nadal żyją i za pośrednictwem pozostawionych po sobie śladów.

Robert Galbraith to pseudonim J. K. Rowling, legendarnej autorki Harry'ego Pottera. Wydała pod nazwiskiem "Galbraith" swój pierwszy kryminał, Wołanie kukułki, otwierający cykl z Cormoranem Strikiem w roli głównej. Jej inną pozycją przeznaczoną dla dorosłych jest Trafny wybór wydany w Polsce w 2012 roku. Obecnie pisarka nazywa się Joanne Murray.


Lula Landry została znaleziona martwa pod oknem balkonu jej londyńskiego mieszkania. Media i dziennikarze snują domysły o przyczynie śmierci, aż wreszcie policja stawia kropkę uciszającą ich wszystkie wołania - Landry popełniła samobójstwo. Jej brat, John Bristow, nie może jednak w to uwierzyć. Zatrudnia prywatnego detektywa, Cormorana Strike'a, byłego żołnierza bez dachu nad głową, aby ustalił, co zdarzyło się w noc śmierci Luli. Strike'a czeka długa droga przez tysiące różnych wersji ostatnich chwil Landry...


Przyznam od razu - nie jestem fanką kryminałów. No, wyjątek stanowić tu może tylko twórczość A. Christie. Zazwyczaj patrzę na ich wnętrze jak na wieczną gonitwę psa (policja) i niezwykle szybkiego kota (wiadomo kto). Kryminały niemal nigdy nie pozostawiają na mojej duszy śladów wzruszenia, rozbawienia, czy jakiejkolwiek barwniejszej emocji. Zawsze wylatują z głowy po tym, jak już odkryto sprawcę tragedii i oczywiście niezbędne w takich historiach motywy. Wołanie kukułki jest inne. Może nie jest to arcydzieło pod względem rozwiązania naszej tajemnicy, prawdy, kto zabił i dlaczego (choć jest w tej książce wątek, który naprawdę niesamowicie mnie zaskoczył). Ale ten sekret jest niezwykle dopracowany, doszlifowany, przemyślany w każdym calu. To, co wydarzyło się tamtej pamiętnej nocy, kiedy Lula Landry zamilkła na wieki, jest przedstawione w szczegółach przewijających się przez całą powieść, które jednak nie pozwalają nam, czytelnikom, w pojedynkę złożyć je w spójną, sensowną całość. A kiedy wszystko wychodzi na jaw, jesteśmy zaskoczeni, jak autorce udało się ukryć prawdę na tylu płaszczyznach i pod tyloma różnymi imionami.

Nie mam pojęcia, czy jestem w tym osamotniona, ale ja już po pierwszych stronach odczułam, że mam styczność z twórczością Rowling. Styl, który tak mnie oczarował w Trafnym wyborze, powrócił. Wzbogacił każdą stronę, każdą myśl. Pióro Rowling jest według mnie idealnym kompromisem między barwnymi, wyszukanymi, typowymi dla starszych powieści opisami a lekkością i swobodą książek nowoczesnych. Widać tutaj niezwykły kunszt i talent pisarki, jej zdolność do tworzenia bardzo wiarygodnych i intrygujących historii.

Wołanie kukułki opiera się na stopniowym odkrywaniu tajemnic śmierci Luli. Cormoran jest zmuszony przeprowadzić dużo (czasem bardzo ciężkich) rozmów z osobami, które znały ofiarę lub były blisko niej, gdy wyleciała z okna. To właśnie na tych dialogach opiera się większość książki. Zeznania kolejnych osób nie zgadzają się ze sobą, wszyscy dodają kolejne, niby dobrze ukrywane przez innych drobnostki, które zaczynają mieć coraz większy wpływ na to, w jaki sposób patrzymy na sprawę. Cormoran był wielokrotnie zmuszony do wybierania między dwoma odmiennymi sądami, odrzucając fałsz zabarwiony na prawdę. Niemal zawsze towarzyszyło temu jedno pytanie - czy dobrze wybierał?
Podczas lektury czuć można było ukłucia dziwnej fascynacji, powątpiewania. Może Rowling nie udało się mnie wodzić za nos, lecz nie sądzę, żeby właśnie na tym jej zależało. Wystarczyła jej ta nuta niepewności, która ciągnęła się za mną przez całkiem długi czas, zwłaszcza kiedy akcja zbliżała się do kulminacyjnego momentu, do wyjaśnień. Wbrew pozorom odpowiedzi nie robiły się wtedy jaśniejsze. Rowling pozwoliła nam błądzić w gąszczu odpychających się i przeplatających ze sobą prawd, cały czas prowadząc do tej najprawdziwszej. Myślę, że Wołanie kukułki jest, w porównaniu do innych kryminałów, niezwykle spójne i uporządkowane, bez śladu chaosu, dziwnych, niemających znaczenia wątków, które wymyślane są tylko po to, by odciągnąć naszą uwagę, by nie przybliżyć rozwiązania tajemnicy aż za bardzo, byśmy mogli je poczuć, lecz nie dotknąć i które pozostawiają nieprzyjemne uczucie. Ten kryminał jest prawdziwym kryminałem - z prostą akcją, lecz wciąż niepozwalającym na odkrycie prawdy samemu.

Atutem tej powieści są świetnie skonstruowani bohaterowie. Główny bohater, nasz detektyw, jest bardzo wrażliwym i inteligentnym człowiekiem. Bardzo spodobały mi się wplecione w fabułę wątki jego służby w armii, gdzie stracił nogę, pełnej wzlotów i upadków miłości ze swoją narzeczoną czy nieszczęśliwego dzieciństwa. Strike oraz jego równie spostrzegawcza i sympatyczna asystentka, Robin, tworzą świetnie zgrany duet (przyjaciół!), którzy dobrze się uzupełniali i podsuwali sobie dobre pomysły związane ze śledztwem. Każdy z przesłuchiwanych przez Strike'a miał swój własny charakter, zachowania, nawet sposób mówienia. Nie do końca wiem czemu, ale zapałałam wielką sympatią do projektanta Guy Somego, jego ironicznych komentarzy i sarkastycznej postawy.

Wołanie kukułki mogę ocenić jako bardzo, bardzo dobre. Uwielbiam styl Rowling, stwarzane przez nią postacie i jej szczegółowość, perfekcyjność w planowaniu i opracowywaniu każdej drobnostki. I choć nie przepadam za kryminałami, ten naprawdę trafił w mój gust. Może nie przez sam sekret, tylko dążenie do niego, które było intrygujące, zajmujące i wzbudzające dreszczyk emocji.

Ocena: 7/10.

PS Zastanawiam się nad usunięciem ocen z moich postów. Myślę, że czytając recenzję, nie powinno się patrzeć na numerek spłycający wszystko, co zostało napisane, tylko na przemyślenia i odczucia. Co o tym sądzicie? Powinnam je usunąć?

poniedziałek, 22 lutego 2016

"Głód" (rec. 107)


Tytuł: Głód
Tytuł oryginału: Sult
Seria: -
Autor: Knut Hamsun
Tłumaczenie: Franciszek Mirandola
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 214
Data wydania: 3 sierpnia 2015











Knut Hamsun był norweskim pisarzem i laureatem Nagrody Nobla. Głód był jego pierwszą powieścią, która zdobyła uznanie i była zapowiedzią literatury dwudziestego wieku. Autor zawarł w niej wątki autobiograficzne, nawiązując do osobistych początków swojej kariery w sercu Norwegii. Za jego najwybitniejsze dzieło uznaje się książkę Błogosławieństwo ziemi.



Christiania, dziewiętnasty wiek. Po ulicach, parkach i najciemniejszych zakątkach tego miejsca wałęsa się wychudzony człowiek, którego bawi otaczający go świat. Wciąż gada do siebie, obrzuca się wyzwiskami i czasami przysiada na ławce, by wyciągnąć z kieszeni pomiętą kartkę i kawałek ołówka. Wydaje się szalony. Wszyscy, którzy obok niego przechodzą, rzucają mu zdumione spojrzenia. Czasami to zauważa, czasami ignoruje lub po prostu tego nie dostrzega. Jest zamknięty w swoim zmęczonym i nieco pomylonym umyśle. Tak, to właśnie o nim opowiada ta historia.
Głód to historia prowadzona z perspektywy tego bezimiennego bohatera, pisarza bez grosza, który w swojej opowieści skupia się głównie na uczuciu głodu, który powoli niszczy jego umysł i ciało. Doskwiera mu również samotność, zimno, które otacza go podczas nocy spędzonych na ulicy oraz wrodzona duma, która nie pozwala mu prosić ludzi o pomoc. Zabiera on nas w podróż po ulicach Christianii w poszukiwaniu natchnienia i odpowiedzi.



Powieść o wielu twarzach i wielu obliczach. Dotyczy ona naprawdę wielu rzeczy. Szaleństwo, głód, rozpacz, duma, wstyd, brak nadziei, a nawet miłość - tego wszystkiego możemy doświadczyć. Wędrujemy niczym duchy za naszym nieszczęśliwym, mało znaczącym dla świata człowiekiem, który ma szczęście do pecha i prawdopodobnie jest bardzo utalentowany, choć niedoceniony i niezauważony w tłumie arogancji. Przez długi czas próbuje on udowodnić sobie, że jest dobrym człowiekiem, choćby drobnymi uczynkami, które, jeśli zwróciłby w swoją stronę, mogłyby mu wiele ułatwić. Podoba mi się, że autor postanowił przeszyć go na wskroś, przejrzeć na wylot, pokazać zalety, ale i wady, zaznajomić nas z tym, czego prawdopodobnie sam bohater nie był świadom. Podobały mi się przybywające do wycieńczonej głowy myśli, które, podawane przez Narratora (przyjmijmy to za jego robocze imię), brzmiały całkiem serio i moglibyśmy uwierzyć, że naprawdę mają sens. Ta książka jest bardzo prawdziwa i pokazuje wiele stron rzeczywistości, wiele światów - od głowy szaleńca, przez niewrażliwców, którzy nie potrafią (czy raczej nie chcą) dostrzec czyjegoś cierpienia, aż po ludzi dobrych, których jest coraz mniej i od których nasz Narrator chciał się odciąć.

Lubię styl pisania Hamsuna, czuć w niej wiek świata, w którym powstawało tyle fantastycznych historii. Miłośnicy klasyki, możecie śmiało czytać tę powieść! Ja uwielbiam czasem przeczytać coś, co pozwala cofnąć się w czasie i zatracić w tym nieznanym świecie, który kiedyś rzeczywiście istniał i inspirował. Tutaj inspiracją była prostota, bieda, kawałek chleba, kartka papieru i marny ołówek, który dla Narratora był prawdziwym skarbem. Ta książka przypomina o takich rzeczach, o docenianiu tego, co mamy i o aktach dobroci, którymi może być zwykłe podarowanie kilku monet. Bohater powieści bowiem, choć przymierał głodem, myślał o innych, nie chciał być nieuczciwy i pamiętał o ludziach, którzy potrzebowali pomocy.

Osobiście uważam, że książka ta opowiada bardziej o szaleństwie, bezsilności i zbyt silnej dumie, która powoli niszczyła świat Narratora, a nie o głodzie. Głód był tylko dodatkiem, tym, co trzymało naszego bohatera przy ziemi, nie pozwoliło mu się do końca zatracić w nieświadomości, kazało mu się ruszać, walczyć, choćby o kawałek chleba. To właśnie duma, najwierniejszy przyjaciel Narratora, zmuszała go do głodowania, nie pozwoliła mu na błaganie, na pracę poniżej jego poziomu, na zaciągnięcie się do schronienia dla bezdomnych, gdzie mógł się wyspać i posilić. Szaleństwo  i obsesje potęgowały jego cierpienia. Narrator często sam ze sobą walczył, nie rozumiał siebie, wytykał sobie błędy i karał się. To właśnie ten odmienny stan świadomości, o którym mowa jest na odwrocie książki.

Podsumowując, Głód to ciekawa i warta uwagi pozycja, która umożliwia poznanie człowieka, który ma już dość, który powoli traci nadzieję, umierając z głodu i śpiąc na zimnych ławkach w parku. Dzięki tej książce możemy bliżej przyjrzeć się skutkom kołysania się na granicy życia i śmierci - zarówno cielesnym, jak i umysłowym.

Ocena: 7/10.

Za możliwość przeczytania Głodu serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!

środa, 17 czerwca 2015

"Złota lilia" (rec. 100)


Tytuł: Złota lilia
Tytuł oryginału: The Golden Lily
Seria: Kroniki krwi (tom 2)
Autor: Richelle Mead
Tłumaczenie: Monika Gajdzińska
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 432
Data wydania: 13 lutego 2013











Richelle Mead jest amerykańską pisarką, autorką głównie książek fantasy oraz powieści dla młodzieży. W Polsce ukazały się jej cztery serie - Georgina Kincaid, Czarna Łabędzica, Akademia Wampirów oraz Kroniki krwi. Złota lilia jest drugim tomem przygód alchemiczki Sydney Sage, którą mieliśmy możliwość poznać w Akademii Wampirów.


Sydney ma nadzieję, że w Palm Springs zapanował spokój. Jej zadaniem jest opiekowanie się Jill, morojską księżniczką i utrzymywanie miejsca jej pobytu w tajemnicy. Nie jest to jednak proste. Lia pragnie pokazać światu wyjątkową urodę Jill, a morojka chętnie zostałaby modelką, nieświadomie skazując się tym samym na śmierć. W ochronie księżniczki pomagają Eddie oraz Angeline, której również ciężko pogodzić się z życiem w cieniu. Wkrótce do grupy dołącza Dymitr, który wraz z Sonią chce wyjaśnić, dlaczego osoby, które zostały strzygami i wróciły do swej dawnej postaci, nie mogą znowu się nimi stać. Sydney wydaje się coraz więcej łączyć z Adrianem, lecz czy Brayden, który wydaje się wprost stworzony dla alchemiczki, nie zniszczy ich relacji?
Sydney jest zagubiona, bo jednocześnie coraz bardziej lubi nowych przyjaciół i wie, że złota lilia zawsze będzie jej przypominać, jaka dzieli ich przepaść. Czy Sydney zaufa swojemu sercu, czy będzie kierować się wpajanymi jej od zawsze zasadami?


Szczerze mówiąc, dobre książki młodzieżowe czyta mi się najlepiej i recenzuje najgorzej. Co takiego jest w tych kilkuset stronach zapełnionych głównie dialogami, których nie umiem opisać, nie potrafię wyróżnić ich bohaterów, nazwać relacji między nimi? Czemu tak przyjemnie się to czyta, czemu tak mi się podoba, skoro tak naprawdę nie ma w tym niemal nic, co zasługuje na szczególną uwagę, co mogłabym wyróżnić w tych kilku zdaniach, jaką jest recenzja?

Ale książki Mead mają coś w sobie. Może to niepowtarzalni bohaterowie, których uwielbiam i do których zawsze chętnie wracam. W Złotej lilii, tak jak i w Kronikach krwi narratorką jest Sydney, która zmienia się wraz z każdą kolejną stroną. Już od dawna toczy się wojna między Sydney, która jest wierna nauczaniom alchemików, temu, co wpajano jej przez całe życie, która zna cenę, jaką jest złoty tatuaż a Sydney, która pragnie podążać za tym, w co wierzy, która w relacjach ze swoimi podopiecznymi pragnie czegoś więcej niż chłodny profesjonalizm. Już od dawna lubię jej charakter i dziwactwa - jej strach przed cukrem sprawia, że jej postać jest bardziej wyrazista i realna.

Adrian jest jednym z tych książkowych facetów, których kochają WSZYSCY. I ja przepadam za jego osobą, niemal każda scena, w której się pojawiał, sprawiała, że uśmiech pojawiał się na mojej twarzy. Uwielbiam jego charakter, jego postawę niegrzecznego chłopca, wiecznie żartobliwego i ironicznego, który w niektórych sytuacjach umie jednak pokazać swoją delikatniejszą naturę. Dzięki tej książce pokochałam go jeszcze bardziej. O ile to w ogóle możliwe.
Nie mogę oczywiście zapomnieć o Braydenie, czyli chłopaku, którego imienia nie mógł zapamiętać prawie nikt. Na początku rzeczywiście idealny, uroczy i bystry, potem zaczął się zmieniać w niezwykle irytującego i sztywnego faceta. Jego relacja z Sydney była dziwna, lecz kocham, po prostu kocham fragment ich ostatniego spotkania. Nie wyobrażam sobie, bym nie mogła o tym nie wspomnieć.

Złota lilia jest napisana prostym językiem, czyta się ją swobodnie i szybko - jak niemal każdą młodzieżówkę. Pióro Mead znam od dłuższego czasu i tak naprawdę nie mogę go ocenić. Nie jest złe, wręcz przeciwnie, ale cały czas czegoś w nim brakuje. To po prostu nie mój styl. Dialogi są jednak bardzo luźne i realistyczne; to wielki plus tej powieści.

Jeśli chodzi o akcję, to nie ma jej aż tyle, ile można by się spodziewać. Cała książka skupiona jest głównie na Sydney i jej problemach. Jill została odrobinę pominięta. To nie oznacza jednak, że ominą was zwroty akcji i zmagania Sydney z kimś, kto może mieć niebezpieczny wpływ nie na jej życie osobiste, lecz na życie i bezpieczeństwo morojów. Ten wątek pozostawił wiele pytań, na które odpowiedzi mam nadzieję znaleźć w następnych tomach serii.

Chyba powinnam wspomnieć o relacji Adriana z Sydney. Mogę tylko powiedzieć, że czasami płakałam, a czasami się śmiałam. Jednak i tak moje serce pozostaje rozbite.

Podsumowując, Złota lilia mi się spodobała i mogę śmiało stwierdzić, że lubię twórczość Mead. Jeśli znacie i lubicie jej powieści, ta recenzja nie jest wam tak naprawdę do niczego potrzebna. Ja z czystego sentymentu nigdy nie byłabym w stanie porzucić tej serii. Zresztą, łączy mnie z nią więcej niż tylko sentyment. Możecie więc być pewni, że wkrótce usłyszycie o Magii indygo.


Ocena: 7/10.

niedziela, 12 kwietnia 2015

"Kroniki Amberu t. 1" (rec. 97)


Tytuł: Kroniki Amberu t. (1-5)
Tytuł oryginału: Nine Princes in Amber, The Guns of Avalon, The Sign of the Unicorn, The Hand of Oberon, The Courts of Chaos
Seria: Kroniki Amberu
Autor: Roger Zelazny
Tłumaczenie: Blanka Kwiecińska-Kuczborska, Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 640
Data wydania: 2 lutego 2015







"Nikt nie kradnie książek, oprócz przyjaciół"

Roger Zelazny, znany również jako Harrison Denmark, był amerykańskim pisarzem fantasy i science fiction. Został oznaczony nagrodą Nebula trzykrotnie, a nagrodą Hugo sześciokrotnie. Napisał 150 opowiadań oraz 50 powieści. Kroniki Amberu to seria zawierająca dziesięć tomów.

"Popełniasz błąd, Eryku, uważając się za kogoś niezbędnego. Cmentarze są pełne ludzi niezastąpionych"

Corwin zapomniał, kim jest, skąd pochodzi, jaką niesie za sobą przeszłość. Gdy budzi się w szpitalu, nie pamięta niczego. Nie wie, że spędził na Ziemi wiele stuleci nieświadom swego pochodzenia. Wie tylko, że ktoś próbował go zabić.
Corwin dąży do odzyskania pamięci, ukrywając, że tak naprawdę nie wie, kim jest. Zwraca się do swojego rodzeństwa, a jego brat Random proponuje, że zabierze go do miejsca, które pozwoli mu przypomnieć sobie przeszłość - Rebmy. Tam Corwin uświadamia sobie, że jest prawowitym następcą tronu Amberu - jednego z dwóch prawdziwych światów, których nie można zniekształcić. Ojciec Corwina, król Oberon, zniknął i zostawił tron pusty. Jego dzieci zaczynają walkę o władzę.



Dziewięciu książąt Amberu. Karabiny Avalonu. Znak Jednorożca. Ręka Oberona. Dworce Chaosu.
Pięć tomów niesamowitych historii świata pełnego wojny, nieufności i mroku. Niezapomniane krainy i stwory, intrygi, nienawiść między rodzeństwem. Wszystko dokładnie zaplanowane, spomiędzy wszystkich ran i skaleczeń wydziera się smutny lub szczęśliwy los tego, kto je otrzymał. Pełno tu śmierci, jadu i klątw, ale może już nie chodzi tylko o chęć zawładnięcia tronem, Amberem i wszystkim, czym rządzi? Kto jest tu dobry, kto zły? Komu masz zaufać, gdy nie wiesz, który z nich jest tym, który wbił ci nóż w plecy?

Jeżeli mam oceniać całość, to Kroniki Amberu są kawałkiem bardzo dobrej fantastyki. Jeżeli mam oceniać poszczególne części, to niektóre były przeciętne, niektóre wprost fantastyczne. Rodzeństwo Corwina to niezłe łobuzy, nigdy nie wiadomo, kim tak naprawdę są, kogo kryją za swoimi maskami. Polubiłam chyba tych najpodlejszych, najbardziej szalonych, najbardziej nieprzewidywalnych. Mam nadzieję, że spotkam ich w kolejnych tomach.

Zelazny po prostu opowiada, dokładnie opisuje wszystkie przemiany w Cieniu, każdy krajobraz, każdą najdrobniejszą zmianę. Światy, które stworzył, są piękne, ale i niebezpieczne, kolorowe, dziwne, niezbadane. Historia Corwina w światach takich jak Avalon czy Lorraine jest ciekawa, ale to chyba właśnie w Amberze rozgrywa się prawdziwa, właściwa opowieść. Dworce Chaosu są światem, który spośród wszystkich egzotycznych krain chyba najbardziej zapadł mi w pamięć. Część, w której je poznałam - Dworce Chaosu - są moją ulubioną książką z tej serii.

Kroniki Amberu to naprawdę niesamowita seria, która inspirowała takich autorów jak George R. R. Martin czy Neil Gaiman. Czysta fantastyka, wspaniała przygoda, niebezpieczna gra o tron, intrygi, kłamstwa, trwający od zawsze konflikt między rodzeństwem, ukryci wrogowie... Ja dałam się w ciągnąć!

Ocena: 7/10.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!

wtorek, 10 lutego 2015

"Król Kruków" (rec. 94)


Tytuł: Król Kruków
Tytuł oryginału: The Raven Boys
Seria: The Raven Cycle (tom 1)
Autor: Maggie Stiefvater
Tłumaczenie: Małgorzata Kafel
Wydawnictwo: Uroboros/Grupa Wydawnicza Foksal
Liczba stron: 496
Data wydania: 19 czerwca 2013










"Niektóre sekrety odsłaniają się tylko przed tymi, którzy są ich warci"


Maggie Stiefvater jest amerykańską pisarką powieści dla młodzieży i fantasy. W Polsce znana jest z serii Wilkołaki z Mercy Falls (Drżenie, Niepokój, Ukojenie), Wyścigu śmierci oraz Króla Kruków, który jest początkiem serii o legendarnym Glendowerze.

"Moje słowa jeszcze nie chcą mnie słuchać, więc spróbuję używać tych, które słuchają ciebie"


Blue pochodzi z rodziny wróżek. Wie, że przez to jej życie nigdy nie będzie normalne - od dzieciństwa każdy, kto jej wróżył powtarza, że dziewczyna zabije tego, kogo pocałuje. Blue, choć sama nie posiada daru przepowiadania przyszłości, potrafi wzmocnić umiejętności innych. Przez to wiele razy brała udział w różnych, nie do końca zrozumiałych dla niej niezwykłych sytuacjach. Podczas jednej z nich zobaczyła ducha. Jedynego ducha, którego mogła zobaczyć. Ducha tego, kogo kochała lub kogo zabiła.
Gansey, Adam, Ronan i Noah to przyjaciele z elitarnej szkoły Aglionby. Od kilku lat obsesyjnie szukają tajemniczych linii mocy - nazywanych również drogą umarłych - oraz Króla Kruków - Glendowera, który, według legendy, odpoczywa gdzieś i jest gotów dać temu, kto go obudzi, wszystko, czego ten zechce.
Gdy drogi Blue i czwórki przyjaciół się przecinają, w ich miasteczku zaczyna się dziać coś niezwykłego...

"Krzyczą tylko ci ludzie, którzy mają zbyt ubogie słownictwo, żeby szeptać"


Ta tajemniczość i mroczność, której się po tej książce nie spodziewałam. Rytuały, związane z nimi ofiary, przepowiednie, duchy, magia lasu, w którym drzewa szepczą, w którym czas przestaje istnieć. 
Tak, tak... kompletnie dałam się wciągnąć.

Szczerze mówiąc, nie podejrzewałam, że Król Kruków aż tak mi się spodoba. Zapowiadało się na kolejną przeciętną powieść dla młodzieży, która nic do mojego życia nie wniesie, będzie tylko wspaniałym "odmóżdżaczem".
Nie. To najgłupsze stwierdzenie, jakim mogłabym określić tę książkę.
Król Kruków jest świetną powieścią dla młodzieży, napisaną bardzo przyjemnym i lekkim stylem, dzięki któremu pochłania się ją natychmiastowo. Możemy w niej spotkać bardzo wyraziste postacie, z którymi bardzo łatwo można się związać. Fabuła jest ciekawa - nie mogłam się oderwać od historii rozgrywającej się w tajemniczej Henrietcie, której klimat mnie urzekł. Słowem, dobra książka.

Postacie są bardzo dobrze wykreowane. Nie, to za mało. Są bardzo ludzkie. Mają wiele wad, wiele zalet, różne charaktery, które doskonale się dopełniają. Polubiłam Ganseya, Adama, Ronana, Noaha i Blue. I Persefonę, nawet Callę... To dużo, bardzo dużo. Rzadko zdarza się, bym w powieści skierowanej do młodzieży nie znalazła kogoś wyjątkowo irytującego bądź kogoś tak idealnego i nierzeczywistego, jak to tylko możliwe. 
Wielki plus dla pani Stiefvater za stworzenie tych bohaterów i nadanie im ich wyjątkowych cech.

Przyjaźń między Ganseyem, Adamem a Ronanem (ominę tu Noaha, który jednak nie był związany z tą trójką tak mocno) jest idealna. Nie w ten przesłodzony, wyimaginowany sposób. Ta przyjaźń jest tak mocna, tak potężna, tak głęboka. Wiem, że oni zrobiliby dla siebie wszystko. Pomimo różnic, pomimo przepaści majątkowej, byli dla siebie najważniejsi na świecie. Porozumiewali się bez słów, wspierali się nawzajem, wybaczali sobie wszystko, bo potrafili to zrozumieć. To była prawdziwa magia tej powieści.

Chętnie sięgnę po kolejny tom tej serii. Król Kruków nie jest powieścią doskonałą, bo choć tak ją zachwalam, czegoś mi w niej brakowało. Bo wiem, że inna książka mogłaby wzbudzić u mnie więcej emocji, mogłaby przekazać mi więcej. Ale ta książka jest bardzo dobra, wiedzcie o tym. Styl pani Stiefvater mnie urzekł - czasami zdawało mi się, że płynę przez tę lekturę, przewracam stronę za stroną, a czas stoi, i stoi, i stoi...

Ocena: 7/10.

wtorek, 27 stycznia 2015

Recenzja "Patriotów 41".


Tytuł: Patriotów 41
Tytuł oryginału: -
Seria: -
Autor: Marek Ławrynowicz
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 228
Data wydania: (rok wydania) 2014











Marek Ławrynowicz to polski poeta i pisarz, autor słuchowisk radiowych oraz scenarzysta filmowy. Należy do zespołu autorskiego powieści radiowej W Jeziorach i jest współautorem scenariusza serialu Blondynka.


Patriotów 41. Ulica, przy której stoi dom, który na zmiane umierał i odżywał wraz z jego mieszkańcami. Zbudowali go Żydzi, którzy zarazem po tym, jak Hitler przejął władzę w Niemczech, musieli opuścić dom i odbyć swój ostatni spacer w kierunku stacji kolejowej. Dom stał przez jakiś czas pusty, czasem ktoś odważył się w nim zamieszkać, by wkrótce zniknąć w nieznanych okolicznościach. W końcu zaczął powoli zapełniać się mieszkańcami, o których opowiada ta historia. Dzięki autorowi możemy obserwować ich porażki, sukcesy, życiowe zwroty i niespodziewane wydarzenia, które zmieniły ich świat.


Patriotów 41 to utwór niespodziewanie osobisty, momentami zabawny, momentami smutny, ale nad wyraz prawdziwy. Opisuje czasy powojenne takimi, jakimi były dla zwykłych ludzi, którzy w cieniu minionej wojny próbowali ułożyć sobie życie. Opowiada o czasach szczególnie dla Polski trudnych. Wiele bohaterów tej książki musi radzić sobie z myślami, że ich bliscy mogą nie wrócić z wojny. Właśnie ta całkowita utrata nadziei jest dla mnie najbardziej przykra, najbardziej niszcząca.

Bohaterowie są niezwykle różnorodni. Od Witkowej każącej wszystkim, by pierwsi mówili jej "dzień dobry" po niezwykle delikatną i piękną panią Julię. Przyznam, że z zaciekawieniem śledziłam ich losy. Każdej z postaci poświęcona była jakby osobna historia. Opowieści o wszystkich mieszkańcach tworzyły jednak spójną całość.

Zwróciłam uwagę również na to, że w domu wszyscy tworzyli jakby jedną rodzinę. Oprócz Witków, którzy okazali się okropnymi sąsiadami, wszyscy byli gotowi poświęcić się dla innych. Przykładem jest bodaj postać Wojtka, który nie poradziłby sobie bez pomocy Mamci i innych. Sama nie za dobrze znam osób, które mieszkają naprzeciwko. W domu przy ulicy Patriotów wszyscy jednak doskonale się znali.

Podsumowując, Patriotów 41 to bardzo dobra powieść. Może mnie nie zachwyciła, ale z pewnością świetnie się przy niej bawiłam. Chociaż opowieści o wojnie jest tam niewiele, przypadła mi ze względu na opisanie w niej tego zwyczajnego świata, zwyczajnych historii zwyczajnych ludzi. Polecam wszystkim, którzy lubią tego typu książki. Marek Ławrynowicz to świetny pisarz i na pewno się na nim nie zawiedziecie.

Ocena: 7/10.

Za możliwość zrecenzowania tej powieści dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!

wtorek, 23 grudnia 2014

Recenzja "Shirley".


Tytuł: Shirley
Tytuł oryginału: Shirley
Seria: -
Autor: Charlotte Brontë
Tłumaczenie: Magdalena Hume
Wydawnictwo: MG
Liczba stron: 640
Data wydania: 16 września 2011











"- Moja droga, życie to złudzienie.
- Ale nie miłość! Miłość jest prawdziwa"


Siostry Brontë to ikony literatury angielskiej. Ich dzieła przeszły do historii. Przez lata siostry ukrywały się pod pseudonimami. Autorką Shirley jest najstarsza z nich, Charlotte. W ciągu swojego życia wydała trzy powieści - Jane Eyre, Shirley oraz Villette. Jej pierwszy utwór, Profesor, został wydany już po jej śmierci. Charlotte zostawiła po sobie również cztery niedokończone opowieści.

"Wierzę, że zdolność do bycia szczęśliwym leży w nas samych"


Wśród wrzosowisk pólnocnej Anglii Robert Moore doczekuje się zamachu na własne życie. Jest młodym, przedsiębiorczym właścicielem fabryki, do której sprowadził ostatnio nowoczesne maszyny. Ludność Briarfield nie zgodziła się jednak na to, by maszyny pracowały zamiast ludzi, którzy ostatecznie pozostaliby bez możliwości zarobienia choć odrobiny pieniędzy. Moore jest zmuszony ratować podupającą działalność i rozważa poślubienie zamożnej Shirley Keeldar, która niedawno powróciła do swojej posiadłości, Fieldhead. Jego serce należy jednak do nieśmiałej Caroline, która żyje w zależności od swojego surowego stryja. Shirley natomiast jest zakochana w kimś, kto nigdy nie ośmieliłby się wyznać jej swą miłość. Jest on bowiem świadom dzielącej ich przepaści majątkowej.

"Ludzkie serce potrafi wiele ścierpieć. Potrafi pomieścić w sobie więcej łez, niż ocean mieści w sobie wody. Nigdy nie wiemy, jak głębokie - jak szerokie jest nasze serce, póki nieszczęście nie napędzi nad nie chmur i nie zacznie na nie spływać czarny deszcz"


Po raz kolejny obcuję z twórczością sióstr Brontë. I muszę przyznać, że dzięki nim coraz bardziej podoba mi się ten gatunek literacki, ten specyficzny klimat i niepowtarzalny styl. Poruszane przez Charlotte trudne tematy i to, co przekazuje nam kolejny raz - miłość przezwycięży wszystko, miłość jest wolna. Historie, które nie dają o sobie zapomnieć, które są tak piękne, tak dopracowane i napisane w mistrzowskim stylu.

Bohaterowie, obok postaci żyjących na Wichrowych Wzgórzach, to moje ulubione osobowości stworzone przez siostry. Tak prawdziwi, barwni i głębocy. Pokochałam ich, te drobnostki, które czyniły ich prawdziwymi, słowa, które nadawały im charakteru, czyny, które znaczyły tak dużo. Wierzyłam w nich. Wierzyłam, że to musi się dla nich tak skończyć.

Shirley chodziła za mną przed dobre pół roku. To była książka, której nie umiałam skończyć. Czytałam, czytałam, ale nie mogłam dotrzeć do końca. Może to była za ciężka lektura w chwilach, w których potrzebowałam czegoś lekkiego. Może zbyt mocno związałam się z Shirley i Caroline. Wiem tylko, że gdy skończyłam Shirley, coś się we mnie zmieniło. Brakuje mi tej historii.

Podsumowując, Shirley znalazła u mnie uznanie. Zapamiętam ją jako opowieść o nieprzemijających uczuciach i wielkim poświęceniu. Nauczyła mnie ona, że zawsze jest jakieś wyjście, że trzeba wierzyć, a wszystko będzie dobrze. Odbieram tę książkę niezwykle osobiście i znaczy ona dla mnie naprawdę wiele.

Sądzę, że Shirley nigdy nie zginie. Ta powieść jest ponadczasowa.

Ocena: 7/10.

Wesołych Świąt! :)

środa, 19 listopada 2014

Recenzja "World War Z".


Tytuł: World War Z
Tytuł oryginału: World War Z
Seria: -
Autor: Max Brooks
Tłumaczenie: Leszek Erenfeicht
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 544
Data wydania: 8 maja 2013











"Wszystko, co mamy, to świadomość, CZYM chcemy być"


Max Brooks, a właściwie Maximillian Michael Brooks, jest amerykańskim pisarzem, aktorem oraz autorem scenariuszy. Zajmował się też dubbingiem. Jest autorem Zombie survival, który ukazał się w 2013 roku nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.
Na podstawie World War Z powstała głośna superprodukcja z Bradem Pittem w roli głównej.

"Te potwory, które powstają z martwych, to nic w porównaniu z demonami, które każdy z nas nosi w sercu"

Zaczyna się od dziwnego wydarzenia w Chinach. Nikt nie podejrzewał, że to właśnie ono zapoczątkowało katastrofę. Pojawił się tam pacjent "zero", który był zarażony tajemniczą, niespotykaną dotąd chorobą, która prowadzi do śmierci i... ożywienia ciała. Zombie ma tylko jedno zadanie - zniszczyć. Atakuje ludzi i zwierzęta, nie myśli, ale działa. Nieustępliwy, niezmordowany, wiecznie głodny. A pokonać go można tylko przez zniszczenie mózgu.
Wirus zaczyna się rozprzestrzeniać po całym świecie. Z najróżniejszych zakątków kuli ziemskiej dochodzi do przypadków ożywienia zwłok, które polują i zabijają kolejne tysiące bezbronnych ludzi. Rządy wielu państw próbują zapobiec pandemii i skrywają prawdę przed obywatelami. Wojska nie potrafią powstrzymać zagłady. Ludzie panikują, coraz więcej decyduje się na samobójstwo, tylko nieliczni są przygotowani na wojnę.
World War Z to zapierający dech w piersiach reportaż, zbiór historii z pierwszej ręki, opowieści osób, które jako jedne z nielicznych przeżyły walkę z zombie.

"Tak, to były kłamstwa, ale czasem kłamstwo nie jest złe. To znaczy, kłamstwo samo w sobie nie jest ani złe, ani dobre. Jest jak ogień: może ogrzać, ale może spalić - zależy od sposobu użycia"

Może zacznę od tego, że nigdy nie miałam doczynienia z powieścią, która poruszałaby temat zombie. I choć epidemii, wojn i katastrof dzięki książkom przeżyłam już naprawdę wiele, pierwszy raz trafiłam na autora, który ujął to w sposób tak realistyczny, tak logiczny, że wojna z zombie mogłaby potoczyć się właśnie w ten sposób, według napisanego przez Brooksa scenariusza. 

Cała historia jest przekazana w sposób bardzo swobodny i przystępny. Czytając, mamy wrażenie, jakbyśmy nie siedzieli z książką w swoim domu, a wraz z autorem podróżowali po świecie i przysłuchiwali się rozmowom przeprowadzanym z ofiarami Wojny Z. Może dlatego czyta się ją tak szybko i tak niesamowicie się w niej zatraca. Ja nie mogłam się oderwać. Czasami stawałam się samą opowieścią, stawałam się bohaterem opisywanych zdarzeń, stawałam się każdym jego czynem i myślą. Słyszałam wyraźnie każde słowo, wyraźnie widziałam wszystkie wydarzenia.

Zombie nie gra w tej powieści tak istotnej roli, jak można by się tego spodziewać. Tak naprawdę żywe trupy to tylko początek, wątek historii o jednoczeniu się ludzi, ich walce, strachu, słabościach, poświęceniu. O niektórych zachowaniach, które mają miejsce tylko w wyniku śmiertelnego zagrożenia. O ludziach zachowujących się jak zwierzęta, podkładających nogę innym, byle uciec, byle przetrwać choć jeden dzień więcej.

Podsumowując, World War Z to świetna książka, która w niezwykły sposób porusza temat zombie. W sposób bardzo przemyślany i rozwinięty. Wykreowanie quislingów, czyli chorych umysłowo, którzy myślą, że zostali już zarażeni i przemierzają świat jako zombie, zjadając innych, nieczułe na ból, to mistrzostwo. Brooks pisze w świetny sposób. Historia jest świetna. Książka jest świetna. I tyle.

Ocena: 7/10.

Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość przeczytania tej powieści!

czwartek, 6 listopada 2014

Recenzja "Demonologu".


Tytuł: Demonolog
Tytuł oryginału: The Demonologist
Seria: -
Autor: Andrew Pyper
Tłumaczenie: Adrian Napieralski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 376
Data wydania: 14 lipca 2014











"Nie wygląd sprawia, że coś jest złe"


Andrew Pyper jest kanadyjskim pisarzem, autorem wielu świetnie przyjętych książek, takich jak międzynarodowy bestseller Lost Girl czy The Killing Circle, które zostało okrzyknięte kryminałem roku. Pyper jest laureatem nagrody Arthur Ellis Award. Demonolog jest jego najnowszą powieścią i jedyną wydaną w Polsce.

"[...] wszystko da się przetrwać, kiedy nie jest się samemu"

David Ullman jest profesorem na Uniwersytecie Columbia. Specjalizuje się w dziedzinach wierzeń religijnych, mitologii i jest znawcą Raju utraconego Johna Miltona. Przez lata wciąż przeprowadza te same wykłady. Jego życie jest silnie związanie z demonologią, Bogiem i kwestiami religijnymi, z czymś, w co sam nie wierzy.
Pewnego dnia Ullmana odwiedza tajemnicza kobieta, Chuda, która składa mu propozycję nie do odrzucenia. Zafascynowany ofertą David wraz z jedenastoletnią córką Tess wybiera się do Wenecji, by zbadać "zjawisko", o którym wspominała Chuda. Jednak tego, co znajdzie w opuszczonym domu, nie jest w stanie sobie wytłumaczyć. Przerażony ma zamiar zabrać ze sobą Tess i uciekać z Wenecji. Gdy jednak wraca do hotelu, jej tam nie ma.
Do domu Ullman wraca sam. Zagubiony, niepewny i przestraszony wspomina chwilę, w której pozwolił Tess odejść. Policja nie odnalazła jej ciała. I choć wszyscy są o tym przekonani, nie ma dowodów, że umarła naprawdę.
David wciąż ma jednak nadzieję. Musi ją odnaleźć. Wie, że jeszcze jest szansa, by ją odzyskać. Jednak tylko od niego zależy, czy zdobędzie się na wyruszenie w podróż w poszukiwaniu znaków i symboli, dzięki którym odnajdzie Tess. Czasu jest niewiele. Jednak wie, że może to zrobić. Bowiem gdy spadała, zostawiła mu wiadomość.
"Odnajdź mnie".

"Ci, którzy uciekają, nigdy nie przeżywają"


Może zacznę od tego, że uwielbiam książki poruszające taką tematykę, dreszczowce, które nie są pisane na siłę, byle tylko nas przestraszyć. Demony, okrucieństwo i ludzie pozbawiani człowieczeństwa. Miłość do dziecka, która zwycięża strach, która doprowadza do obłędu, do szaleństwa. Niezwykłe poświęcenie, opętanie i wiara. Wiara przede wszystkim. Demonolog przypomina, że niektórych rzeczy nigdy nie dotkniesz, nigdy nie zobaczysz. Jedyne, co ci pozostaje, to w nie wierzyć.

Pióro autora nie wyróżnia się na tle innych i nie zachwyca mnie, ale jest do zniesienia. Książkę czyta się bardzo szybko i płynnie, a co najważniejsze, nie można się od niej oderwać. W pewnym momencie poczułam się uzależniona od tej książki, wszystko, co działo się poza jej kartami, traciło dla mnie większy sens. Bohaterowie są skonstruowani bez zarzutu, a zwłaszcza jedna - Tess. Najgłębsza i zdecydowanie najciekawsza ze wszystkich postaci. Jej zapiski poruszają i intrygują. Są pisane typowo dziecięcym, prostym stylem, który najboleśniej przekazuje prawdę.
I jeszcze jedno. Okładka. Bardzo piękna, mroczna, przyciągająca uwagę.

Demonolog jest dla mnie specyficzną powieścią. Przymykam oko na wszystkie niedociągnięcia, bo zbyt dobrze się przy niej bawiłam. David i Tess byli zbyt ludzcy, by mogły mnie irytować popełnione przez nich błędy. Historia była zbyt zajmująca, bym mogła się nią znudzić.
Warto zaznaczyć, że Demonolog to nie horror ociekający krwią i flakami, bez uciętych głów i kończyn. Ta książka może nie doprowadzi was do bezsenności, może nie będziecie się przy niej bać, ale zasmuci was i przerazi czynami bohaterów wypełnianymi w imię nienawiści. W imię braku miłości.

Podsumowując, Demonolog to pozycja bardzo ciekawa, trzymająca w napięciu i przywracająca wiarę, nie tylko w Boga, ale w miłość, tę najczystszą, najprawdziwszą, bezinteresowną. Miłość za wszystkie wady i zalety, za każdy gest i oddech, miłość do osoby, za którą oddasz wszystko, nawet siebie. Pouczająca, mroczna i chwilami przerażająca.

Ocena: 7/10.


Bardzo dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość przeczytania tej powieści!

piątek, 3 października 2014

Recenzja "Amerykaany".


Tytuł: Amerykaana
Tytuł oryginału: Americanah
Seria: -
Autor: Chimamanda Ngozi Adichie
Tłumaczenie: Katarzyna Petecka-Jurek
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 765
Data wydania: 7 lipca 2014










"- Ale w kreskówkach też jest przemoc.
- [...]Traumę u dzieci wywołują prawdziwe rzeczy"


Amerykaana jest dziełem nigeryjskiej pisarki, Chimamandy Ngozi Adichie. Dorastała ona w Nsukka, w południowo-wschodniej Nigerii. W wieku dziewiętnastu lat wyjechała z rodzinnego kraju i zamieszkała w Stanach Zjednoczonych. W 2003 roku ukazała się jej debiutancka powieść, Fioletowy hibiskus, który zdobył nominację do Orange Prize.

"- Mamy strajk.
- Aj-aj! Jeszcze się nie skończył?
- Nie, ten ostatni się skończył, wróciliśmy do szkoły, a potem zaczęli kolejny"


Nigeria. Ifemelu i Obinze są w sobie zakochani. Mają nadzieję stworzyć wspólną przyszłość. Jednak ich plany zostają poddane próbie. W szkole, w której się uczą nie udaje im się niczego osiągnąć - nauczyciele ciągle strajkują, zajęcia zostają odwoływane. Ifemelu postanawia wyjechać do Ameryki, by ukończyć studia. Początkowo mieszka u cioci, zajmuje się swoim kuzynem. Potem jednak przychodzi czas, gdy dziewczyna musi sama o siebie zadbać. Musi nauczyć się żyć w Ameryce, odnaleźć siebie w świecie, w którym jej kolor skóry nie jest akceptowany.
Obinze chce dołączyć do swojej ukochanej, jednak nie otrzymuje zgody na wyjazd do Ameryki. Wyjeżdża do Londynu, gdzie wiedzie życie nielegalnego imigranta.
Po latach Ifemelu, autorka kontrowersyjnego bloga poruszającego problemy przynależności rasowej, postanawia wrócić do ojczystego kraju. Nie wie, czy odnajdzie się w świecie, który nie przypomina dawnej, znanej jej Nigerii. Boi się ponownego spotkania z rodziną, przyjaciółmi, krajem, domem.
Obinze dawno temu wrócił do Lagos. Jako bogaty mężczyzna w nowym, demokratycznym kraju, z kochającą żoną i dzieckiem, pozornie nie potrzebuje więcej. Jednak jest coś, czego zawsze mu brakowało. Ukochanej Ifemelu, z którą stracił kontakt wiele lat temu.




Książka ukazująca zmagania dwójki Nigeryjczyków w świecie, w którym nie ma dla nich miejsca. O ludziach, którzy stoją tam na najniższym szczeblu drabiny społecznej, którzy są zmuszeni żyć w nieświadomości, w cieniu, bo jeśli tylko się temu sprzeciwią, wylądują w więzieniu. Wielowątkowa i ponadczasowa, trudna, ale przyjemna, warta przemyślenia. O nieprzemijającej miłości, więzach rodzinnych, nadziei, poświęceniu i rozpaczy. Prawdziwa.

Nie myślcie jednak, że Amerykaana jest pozbawiona wad. Główna bohaterka, Ifemelu, często wykazywała się egoizmem i głupotą, miałam wrażenie, że najpierw robiła, potem myślała. Jej czyny wydawały się bezsensowne i bezpodstawne. Z łatwością niszczyła wszystko, co pięknego postanowili jej podarować inni.
Obinze jest całkowitym przeciwieństwem Ifemelu. Polubiłam go, rozumiałam i współczułam. Martwiłam się o niego i życzyłam mu szczęścia, od początku do końca.

Książka jest podzielona na dwie splatające się ze sobą części - przeszłość i teraźniejszość. W przeszłości Ifemelu i Obinze poznają się, rozdzielają. Opisane są ich początki życia w nowych krajach, trudności, z jakimi muszą się zmierzyć. W teraźniejszości spotykamy ich starszych, obserwujemy ich ponowne spotkanie. Przyznam, że o wiele ciekawsza była dla mnie ich przeszłość, bo to właśnie ich wspomnienia mnie poruszyły.

Amerykaana jest zdecydowanie warta przeczytania. Pomimo dużej objętości jest to książka naprawdę przyjemna, czyta się ją bardzo szybko. Może to za sprawą dużej czcionki, a może dzięki prostemu, łatwemu w odbiorze, dobitnemu stylowi pani Adichie. Polecam.

Ocena: 7/10.

Za możliwość przeczytania "Amerykaany" dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!

piątek, 22 sierpnia 2014

Recenzja "Poradnika pozytywnego myślenia".


Tytuł: Poradnik pozytywnego myślenia
Tytuł oryginału: The Silver Linings Playbook
Seria: -
Autor: Matthew Quick
Tłumaczenie: Maria Borzobochata-Sawicka, Joanna Dziubińska
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 6 marca 2013
Data wydania: 380









"Pamiętaj, przyszłość zaczyna się dziś"


Poradnik pozytywnego myślenia to debiut amerykańskiego pisarza, Matthew Quick'a, który rzucił posadę nauczyciela języka angielskiego, żeby dokończyć swą powieść. Jak można by się spodziewać, książka odniosła ogromną popularność - długo utrzymywała się na listach bestsellerów i doczekała się swojej adaptacji filmowej z Bradleyem Cooperem i Jennifer Lawrence w rolach głównych. W Polsce ukazały się dotychczas dwie powieści Quicka - Poradnik pozytywnego myślenia oraz Niezbędnik obserwatorów gwiazd.

"- Potrzebujesz przyjaciela.
- Jak każdy"

Pat wychodzi z zakładu dla psychicznie chorych z nowym spojrzeniem na świat. Sądzi, że życie to tak naprawdę film i prędzej czy później zakończy się happy endem, czyli powrotem ukochanej żony - Nikki, która, jak utrzymuje Pat, wyjechała. Musi tylko spełnić kilka warunków. Po pierwsze - stać się miły i przestać stawiać na swoim. Po drugie - stać bardziej atrakcyjny (bo Nikki lubi zadbanych mężczyzn), co oznacza godziny ćwiczeń i bieganie po ulicy w worku na śmieci. Po trzecie - przeczytać wszystkie ulubione książki żony, która zawsze narzekała, że Pat nie czyta. Po czwarte - nieważne, co się stanie, musi myśleć pozytywnie. Jednak nie wszystko idzie po myśli Pata. Ojciec nie chce z nim rozmawiać, ukochana drużyna futbolowa przegrywa kolejne mecze, prześladuje go znienawidzona piosenka Kenny'ego G, a on sam nie może uwolnić się od nieco stukniętej Tiffany. Czy dzięki pozytywnemu myśleniu film Pata zakończy się happy endem?

"Patrzenie na chmury pod słońce jest bolesne, ale jak większość rzeczy, które przynoszą ból, pomaga"

Czasem zabawna, czasem poruszająca, niezwykle prawdziwa opowieść o dążeniu do celu, ciężkiej pracy w pogoni za marzeniami, o nieuleczalnej miłości i szukaniu nadziei. Książka, która poprawia humor, motywuje i przypomina, że zawsze można zmienić coś w swoim życiu. Niezwykle pozytywna i życiowa.

Bohaterowie to duży plus powieści. Pat i Tiffany to przyjaciele, w pewien sposób bardzo do siebie podobni - oboje łykają kolorowe pastylki, które przepisują im terapeuci, oboje wyróżniają się z tłumu i oboje dążą do spełnienia marzeń. To właśnie ich przyjaźń, ich więź, która w trudnych chwilach dodawała im siły najbardziej mnie poruszyła. Dla mnie nie są oni przykładem miłości - są przykładem przyjaźni na dobre czy na złe, bo nieważne co się stanie, żaden z nich nie opuści tej drugiej osoby. To jest piękne.
Co do reszty bohaterów nie mam zarzutów. Każdy z nich posiadał niepowtarzalną osobowość.

Podoba mi się styl Quicka. Autor pisze po swojemu, swobodnie, prosto. Warto dodać, że narratorem mianował samego Pata, co nie było takim prostym zadaniem. Pat to w końcu osoba dziecięco naiwna, ślepo wierząca w powrót Nikki, zaprzeczająca smutnej prawdzie i trochę zagubiona. Przemyślenia, tak jak sam bohater, musiały być nietuzinkowe.

Słowem: polecam.

Ocena: 7/10.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Recenzja "Gniewu króla".


Tytuł: Gniew króla
Tytuł oryginału: King's Wrath
Seria: Trylogia Valisarów (tom 3)
Autor: Fiona McIntosh
Tłumaczenie: Izabella Mazurek
Wydawnictwo: Galeria Książki
Liczba stron: 656
Data wydania: 9 października 2013











Przypominam, że to recenzja trzeciego tomu i zawarte są w niej informacje dotyczące poprzednich części.

"Królewska krew musi zwyciężyć... nawet jeśli Valisar będzie musiał stanąć przeciwko Valisarowi"

Fiona McIntosh, znana również pod pseudonimem Lauren Crow, to pięćdziesięcioczteroletnia australijska pisarka. Napisała wiele książek, zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci, choć w Polsce wydano tylko jej serię Trójca oraz Trylogię Valisarów. Od dziewiętnastego roku życia mieszka w Australii.


Loethar jest Valisarem. W jego żyłach płynie królewska krew. A wydarzenie sprzed dziesięciu lat było tylko krzykiem o sprawiedliwość, której nie otrzymał. Gdy to wszystko staje się dla Elki wiadome, postanawia ratować barbarzyńcę przed gniewem Leonela. Zostawia osobę, którą kocha, by bronić tego, co słuszne. Bo Gavriel ślepo wierzy w to, co mówi Leo. Przynajmniej do czasu...
Tymczasem Corbel sprowadza na ziemie Koalicji pierwszą od stuleci valisarką księżniczkę, która dziesięć lat temu została ocalona przed pewną śmiercią z rąk Loethara. Dziewczyna nie wie jednak, kim tak naprawdę jest, jaki dar posiada i co jest jej przeznaczeniem.
Rozpoczyna się wyścig wśród czterech przedstawicieli rodu. Jeśli chcą przeżyć, muszą sobie zapewnić ochronę, jaką jest patron. Piven, niegdyś uznawany za całkowicie bezbronnego i oderwanego od rzeczywistości, skrępował już patrona i włada niesamowitą siłą.
Jak skończy się historia Valisarów? Kto zdobędzie władzę i zasiądzie na tronie?


Akcja w trzecim tomie Trylogii Valisarów nabiera niezwykłego tempa. Przez cały czas czytelnikowi towarzyszy oczekiwanie, zniecierpliwienie - kiedy nastąpi finał, to, na co czekał każdy z nas, kiedy Valisarowie staną naprzeciw sobie, kiedy wszystko stanie się jasne? To sprawia, że czytelnik wręcz pożera powieść, przewracając kartkę za kartką.

Bohaterowie wykreowani przez Fionę McIntosh są trójwymiarowi, mają swój własny charakter, są absolutnie niepowtarzalni i nietuzinkowi. Nie ma podziału na dobre i złe postacie; każda z nich przejawia czasem cechy, których wcześniej bym jej nie przyznała. Dzięki temu bohaterowie ciągle zaskakują czytelnika.
Postacie to chyba największy atut całej trylogii. Pokochałam niektóre z nich i jest mi trudno się z nimi rozstać.

Lekkie pióro autorki to kolejny plus Gniewu króla. Fiona McIntosh pisze prosto, przyjemnie. Nie musicie obawiać się długich, przytłaczających opisów. Ta pisarka ma talent, jak nikt inny potrafi zaintrygować czytelnika i porwać go w świat królestw, mieczy i magii.

Jedynym niedociągnięciem jest moim zdaniem zakończenie, które okazało się zbyt proste, zbyt banalne i zbyt szczęśliwe. Po trzech tomach historii zapierającej dech w piersiach spodziewałam się, że zakończenie dosłownie wbije mnie w fotel. Niestety, trochę się rozczarowałam. Co oczywiście nie zmienia faktu, że Trylogię Valisarów kocham i że długo zostanie w mojej pamięci.

Ocena: 7/10.

Przepraszam za ostatnią nieobecność, ale wyjechałam i nie miałam czasu, ani nawet takiej możliwości, żeby coś dla was napisać :) Teraz, póki wakacje trwają, będę starała się dodawać dużo postów. Potem ich ilość może się zmniejszyć, ale nie martwcie się - nadal będę pisać. Przynajmniej będę się starać :)

niedziela, 1 czerwca 2014

Recenzja "Wstrętu do tulipanów".


Tytuł: Wstręt do tulipanów
Tytuł oryginału: A Hatred for Tulips
Seria: -
Autor: Richard Lourie
Tłumaczenie: Mieczysław Godyń
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 208
Data wydania: 6 maja 2013











"Nienawidzę tulipanów. Są zbyt piękne, kiedy są żywe, i wyglądają strasznie martwo, kiedy zwiędną. Ale tak naprawdę to nienawidzę ich dlatego, że wiem, jak smakują. W czasie wojny, pod koniec, gdy niczego już nie było, jedliśmy je, jedliśmy cebulki tulipanów"


Richard Lourie - przyjaciel, uczeń, tłumacz Czesława Miłosza. Były kierowca szefa mafii, uzdolniony pisarz i interesujący człowiek, którego życie mogłoby stać się scenariuszem filmu. Autor Wstrętu do tulipanów oraz Autobiografii Stalina - bestsellera opowiadającego o życiu jednego z największych morderców wszech czasów.

"Tylko głupcy myślą, że Boga nie ma. I tylko głupcy myślą, że Bóg jest dobry"


Pewnego dnia Joopa nawiedzają koszmary przeszłości.
Cała ponura historia, która odcisnęła piętno na jego życiu wraca. Wracają obrazy, które przez całe życie próbował zapomnieć.
Wracają wspomnienia zabójcy Anny Frank.
Po sześćdziesięciu latach rozłąki do Joopa powraca jego brat. Chce poznać rodzinną historię, której sam nie pamięta. Chce poznać obraz wojny, który zapomniał jako małe, bezrozumne dziecko.
Joop opowiada mu o dziecięcych latach - o chwilach, w których próbował sprzeciwić się wszechobecnej walce, o biciu przez ojca, którego nigdy nie chciał zawieść, o podarowaniu braciom własnoręcznie zrobionej gwieździe Dawida, o której tamci marzyli, o zachwycie matki na widok kostki mydła, o niewyobrażalnym głodzie, który Joop próbował oszukać jedząc cebulki tulipanów. O panującym w tamtych czasach chaosie, o pracy, którą musiał wykonywać, by przetrwać i Annie Frank, która zginęła z jego rąk.

"Ludzie, którzy nie mają sekretów, wyobrażają je sobie jako coś mrocznego i ukrytego. Jest właśnie na odwrót. Sekrety są jasne. Rozjarzają człowieka od środka. Jak goła żarówka paląca się dzień i noc w celi, nie dają spokoju"


Autor w książce przekazuje strach, marzenia i wspomnienia nieznanej osoby, która wydała Annę Frank. Winowajcą mianuje małego chłopca, który musi walczyć o życie swoje i swojej rodziny. Mały robi wszystko, by choć przez chwilę wszystko było jak dawniej. Ale wojna daje o sobie znać - obraz nieuniknionej śmierci staje się coraz silniejszy wraz z każdym oddechem, który napełnia nozdrza wonią kakao. Wraz z każdym ziarenkiem, które znika z puszki, znika nadzieja.
Wstręt do tulipanów to piękna opowieść o człowieczeństwie, walce o najbliższych i cenie, jaką trzeba zapłacić za samo życie w cieniu wojny. O chwilach, w których człowiek traci sumienie i współczucie, byle tylko żyć, byle tylko coś zjeść - w której nie istnieją uczucia, jest tylko chęć przetrwania.

Cała powieść to fikcja literacka - prawdziwy człowiek, który wydał Annę Frank, nadal pozostaje nieznany. Autor wyobraża sobie tylko, co on musiał przeżywać - z czym się borykać i z czym żyć przez resztę życia... świadomością, że skazało się kogoś na śmierć, by samemu móc żyć.

Zachęcam do przeczytania Wstrętu do tulipanów. To napisana prostym, lecz pięknym, pełnym emocji stylem podróż w głąb samego siebie. Opowieść obrazująca najgorsze koszmary tych, którzy przeżyli II wojnę światową. O podejmowaniu ważnych decyzji i dokonywaniu najgorszych zbrodni w obronie tych, których kochamy. Polecam.

Ocena: 7/10.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Czytam literaturę amerykańską".

sobota, 12 kwietnia 2014

Recenzja "Małych kobietek".


Tytuł: Małe kobietki
Tytuł oryginału: Little women
Seria: -
Autor: Louisa May Alcott
Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Wydawnictwo: MG
Liczba stron: 304
Data wydania: 17 października 2012











"[...] miłość odpędza strach, a wdzięczność przezwycięża dumę"

Małe kobietki to klasyka literatury dziecięcej. Książka znana każdemu młodemu czytelnikowi, książka, która uczy i zachwyca. Jej autorka, Louisa May Alcott, stworzyła powieść na podstawie własnych doświadczeń. Wychowała się w Ameryce, w czasie wojny domowej pielęgnowała chorych i rannych. Małe kobietki przyniosły jej ogromną sławę. Powieść doczekała się wielu ekranizacji.


Lata sześćdziesiąte XIX wieku. W domostwie Orchard House żyją cztery dziewczyny: spokojna, wychowana Meg, żywiołowa, śmiała Jo, wrażliwa, zamknięta w sobie pianistka Beth i nieco zarozumiała Amy. Dorastają pod opieką matki, Marmee, starającej się zastąpić im ojca, który wyruszył na wojnę secesyjną. Rodzina Marchów nie ma pieniędzy, nie żyje w dostatku i luksusie. Siostry nie stać na wygodne życie, jakie pamiętają. Często muszą rezygnować z przyjemności, by ulżyć zapracowanej matce lub pomóc tym, którzy nie mają nic. Dorastając, uświadamiają sobie, że w życiu nie liczą się pieniądze, nie liczą się ozdoby i wygody, a rodzina. Rodzina i miłość, jedność i przebaczenie, bo nieważne co się stanie, one zawsze będą mogły na siebie polegać. 

"[...] sprawcie, by każdy dzień był zarazem użyteczny i przyjemny i udowodnijcie, że rozumiecie wartość czasu poprzez dobre wykorzystanie go. A wtedy młodość będzie cudowna, starość przyniesie niewiele żalu, a życie mimo biedy okaże się pięknym sukcesem"

Nigdy nie sądziłam, że wracając do historii poznanych w dzieciństwie nauczę się czegoś nowego. Gdy byłam dzieckiem poznałam Meg, Jo, Beth i Amy. Wtedy Małe kobietki były powieścią opowiadająca o potędze szczęścia, dawała mi lekcję, jak to szczęście z codzienności w sobie znaleźć. Dzisiaj dostrzegłam w niej tę potrzebę miłości, niby naiwność, którą człowiek musi w sobie mieć, bo inaczej żyje tylko śmiercią. Naiwność, która daje nadzieję i wiarę, pozwala przebaczać i kochać.

Bohaterki lektury wzbudzają sympatię. Każdy czytelnik znajdzie choć w jednej z nich czterech swą dusze, swoje życie i swoje wspomnienia. Jedni pokochają Meg, inni Jo, Beth czy Amy. Ja sama utożsamiłam się z nimi, w każdej z nich dostrzegłam choćby maleńką cząstkę własnej osobowości.

Małe kobietki to lekka, niewymagająca lektura przy której można się odprężyć, pośmiać i wzruszyć zarazem. Książka jest idealna dla młodszych, jak i dla dorosłych czytelników. Cieszę się, że mogłam przenieść się w świat bohaterek Małych kobietek, odkryć tę opowieść na nowo. Sięgając po tę lekturę, zapewnicie sobie kilka godzin świetnej zabawy z rodziną Marchów. Książkę mogę wam śmiało polecić - czyta się ją bardzo przyjemnie, myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Ocena: 7/10.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Czytam literaturę amerykańską".