Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 lutego 2015

"Oskar i Pani Róża" (rec. 96)


Tytuł: Oskar i pani Róża
Tytuł oryginału: Oscar et la dame Rose
Seria: -
Autor: Éric-Emmanuel Schmitt
Tłumaczenie: Barbara Grzegorzewska
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 88
Data wydania: 7 listopada 2011











"Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy"

Éric-Emmanuel Schmitt jest francuskim dramaturgiem, eseistą, powieściopisarzem, z wykształcenia filozofem. Swoją pierwszą powieść napisał w wieku jedenastu lat. Jest znany głównie jako twórca teatralny. Oskar i pani Róża to jedna z jego najbardziej znanych i cenionych powieści.

"Bo są dwa rodzaje bólu, Oskarku. Cierpienie fizyczne i cierpienie duchowe. Cierpienie fizyczne się znosi. Cierpienie duchowe się wybiera"

Oskar to dziesięcioletni chłopczyk chory na raka. Od jakiegoś czasu mieszka w szpitalu. Przyjaźni się tam z wolontariuszką, którą nazywa ciocią Różą. Kobieta ma za sobą karierę zapaśniczki i wiele ciekawych i zabawnych historii. Pewnego dnia Oskar dowiaduje się, że zostało mu tylko dwanaście dni życia. W ciągu nich próbuje przeżyć wszystkie lata, których już nie otrzyma.

"Zapominamy, że życie jest kruche, delikatne, że nie trwa wiecznie. Zachowujemy się wszyscy, jakbyśmy byli nieśmiertelni"

Króciutka opowieść, która przypomina, że wszyscy przeminiemy, że wszyscy zostajemy tu tylko na chwilę. Że warto wykorzystać każdy dzień, który mamy. Że warto oglądać świat, widząc go niby po raz pierwszy. Że wszyscy kiedyś umrzemy, ale nie powinniśmy się tak tym przejmować, tylko zrobić wszystko, żeby przeżyć nasze życie tak jak należy.

O chłopcu, który jednego dnia stawał się starszy o dziesięć lat, o wierze w Boga, któremu Oskar na początku nie ufał, lecz powoli odkrywał go w każdym swoim liście. O miłości, przemijaniu, wybaczaniu i umieraniu. W tej książce jest wiele mądrości, wiele prawdy zamkniętej w osiemdziesięciu stronach pięknej, uniwersalnej, ponadczasowej historii.

Ta książka jest króciutka, napisana dziecięcymi, krótkimi zdaniami. Czyta się ją przez chwilę, jakby była tylko krótką myślą, snem. Ale zostaje na długo.
Czuję się dziwnie, jakbym wcale nie przeczytała tej książki. Ona jakby tylko przemknęła obok mnie. Zaczęłam czytać, minęła minuta i już skończyłam. Ale podczas tej minuty zrozumiałam.

Ta recenzja będzie równie krótka jak ta książka. Czytajcie Oskara i panią Różę, jeśli chcecie. Warto.

Ocena: 8/10.

piątek, 29 sierpnia 2014

Recenzja "Domu Róży, Krýsuviku i Kołysanki dla wisielca".


Tytuł: Dom Róży, Krýsuvik i Kołysanka dla wisielca
Tytuł oryginału: -
Seria: -
Autor: Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 240
Data wydania: 10 czerwca 2013










"Znaleźliśmy się na płaskowyżu usłanym łubinem, kilometrami łubinu we wszystkich możliwych odcieniach niebieskiego. [...] zrozumiałem, że jestem świadkiem cudu, bo to było najpiękniejsze morze, jakie kiedykolwiek widziałem, bez wody i glonów, bez ryb i statków. Najpiękniejsze morze kołysało na swych łubinowych falach skrzypka, który grał, grał i grał"


Hubert Klimko-Dobrzaniecki jest filozofem, poetą, pisarzem, który urodził się w Polsce, a tworzył na Islandii. Był nominowany do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus, Nagrody Literackiej Nike oraz Nagrody Mediów Publicznych "Cogito". W 2007 roku znalazł się na liście kandydatów do paszportów "Polityki". Obecnie pracuje nad filmem, który powstanie na podstawie jednej z jego powieści. Mieszka w Wiedniu.

"Kiedyś myślałem, że samobójcy to tchórze, że ten desperacki krok jest ucieczką przed życiem, przed jego problemami i przed odpowiedzialnością. A może samobójcy to ludzie, którzy wygrali w chińczyka z Panem Bogiem, rzucili kostką i kiedy tamten odwrócił głowę, dali dyla, zanim w swojej łasce pozwolił im umrzeć naturalnie lub w wypadku. Teraz wiem, że samobójcy to ludzie całkowicie wolni, a tym samym nieposłuszni, to odważni wariaci, którzy sami wybierają swoje miejsce i czas, ubiegają Pana Boga, prowadzą z Nim jeden do zera"


Dom Róży, Krýsuvik
Poznajemy Huberta. Hubert próbuje poukładać sobie życie w Islandii - spokojnym, pięknym miejscu, w którym żyje niewielu ludzi. Znajduje tam miłość - Agnieszkę, którą zobaczył pewnego dnia zapłakaną przy pomniku Sun Voyager. Agnieszka rodzi mu syna. Lecz dopiero gdy Hubert dostaje posadę w domu starców, zaczyna się opowieść.
Hubert opowiada o losach starych dusz, których nikt już nie potrzebuje. O ludziach, którzy dla swoich bliskich nie znaczą już kompletnie nic, których trzeba karmić, odprowadzać do toalety i kąpać, bo sami nie dają sobie rady. O śmierci, która codziennie odwiedza progi cuchnącego przytułku.
To właśnie w domu opieki Hubert poznaje panią Różę, delikatną niewidomą staruszkę, która go rozumie i ma do opowiedzenia swoją historię.

Kołysanka dla wisielca
Szymon jest pensjonariuszem islandzkiego zakładu dla psychicznie chorych. Mieszka w zielonym domku, choć rzadko można go tam spotkać. Wciąż krąży między mieszkaniem a oddziałem, walcząć i znów się poddając. Poznaje Huberta, który staje się dla niego przyjacielem, z którym może porozmawiać, który nie uzna go za dziwaka. Pokazuje mu swoje morze, pozwala mu usłyszeć swoją muzykę i odkryć świat, w którym czuje się bezpieczny.

"[...] jak żyć, to razem, a jak umierać, to też..."


Trzy opowiadania, które razem tworzą cudowną historię, pozbawioną jakiejkolwiek akcji, jej zwrotów i trzymających w napięciu fragmentów. Wręcz monotonna, lecz niezwykle prawdziwa i delikatna historia, w której główną rolę grają przemyślenia - niezwykle trafne i błyskotliwe, które rozumiem. Rozumiem każde słowo, które znalazło się w tej książce. Płaczę, myśląc o niej. I nadal trzymam w sobie obraz morza Szymona i porzuconych na plaży organków.

Książka to po części biografia autora, który rzeczywiście darował część swojego życia Islandii, pracował w domu starców, który okazał się strasznym, przygnębiającym miejscem i oddał jedno ze swoich opowiadań - Kołysankę dla wisielca Szymonowi Kuranowi, który był jego przyjacielem i któremu obiecał, że uwieczni go w jednej ze swoich opowieści.

Urzekł mnie styl autora. To, że potafi on go zmienić, tak jak zrobił to w Krýsuviku, przekazując rolę narratora zupełnie innej osobie. Przemawia do mnie język, którym operuje i to, że nie ma on w zwyczaju owijać w bawełnę. Czytając czuję, jakby próbował namalować coś słowami.

Trudno mi powiedzieć cokolwiek więcej o dziele Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Ta książka doprowadziła mnie do łez, sprawiła, że się uśmiechnęłam i zostawiła po sobie ślad. I choć powoli zapominam jej fabułę, to dokładnie pamiętam niektóre szczegóły, które zmieniły moje spojrzenie na świat. To chyba powinno wam wystarczyć.

Ocena: 8/10.

niedziela, 1 czerwca 2014

Recenzja "Wstrętu do tulipanów".


Tytuł: Wstręt do tulipanów
Tytuł oryginału: A Hatred for Tulips
Seria: -
Autor: Richard Lourie
Tłumaczenie: Mieczysław Godyń
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 208
Data wydania: 6 maja 2013











"Nienawidzę tulipanów. Są zbyt piękne, kiedy są żywe, i wyglądają strasznie martwo, kiedy zwiędną. Ale tak naprawdę to nienawidzę ich dlatego, że wiem, jak smakują. W czasie wojny, pod koniec, gdy niczego już nie było, jedliśmy je, jedliśmy cebulki tulipanów"


Richard Lourie - przyjaciel, uczeń, tłumacz Czesława Miłosza. Były kierowca szefa mafii, uzdolniony pisarz i interesujący człowiek, którego życie mogłoby stać się scenariuszem filmu. Autor Wstrętu do tulipanów oraz Autobiografii Stalina - bestsellera opowiadającego o życiu jednego z największych morderców wszech czasów.

"Tylko głupcy myślą, że Boga nie ma. I tylko głupcy myślą, że Bóg jest dobry"


Pewnego dnia Joopa nawiedzają koszmary przeszłości.
Cała ponura historia, która odcisnęła piętno na jego życiu wraca. Wracają obrazy, które przez całe życie próbował zapomnieć.
Wracają wspomnienia zabójcy Anny Frank.
Po sześćdziesięciu latach rozłąki do Joopa powraca jego brat. Chce poznać rodzinną historię, której sam nie pamięta. Chce poznać obraz wojny, który zapomniał jako małe, bezrozumne dziecko.
Joop opowiada mu o dziecięcych latach - o chwilach, w których próbował sprzeciwić się wszechobecnej walce, o biciu przez ojca, którego nigdy nie chciał zawieść, o podarowaniu braciom własnoręcznie zrobionej gwieździe Dawida, o której tamci marzyli, o zachwycie matki na widok kostki mydła, o niewyobrażalnym głodzie, który Joop próbował oszukać jedząc cebulki tulipanów. O panującym w tamtych czasach chaosie, o pracy, którą musiał wykonywać, by przetrwać i Annie Frank, która zginęła z jego rąk.

"Ludzie, którzy nie mają sekretów, wyobrażają je sobie jako coś mrocznego i ukrytego. Jest właśnie na odwrót. Sekrety są jasne. Rozjarzają człowieka od środka. Jak goła żarówka paląca się dzień i noc w celi, nie dają spokoju"


Autor w książce przekazuje strach, marzenia i wspomnienia nieznanej osoby, która wydała Annę Frank. Winowajcą mianuje małego chłopca, który musi walczyć o życie swoje i swojej rodziny. Mały robi wszystko, by choć przez chwilę wszystko było jak dawniej. Ale wojna daje o sobie znać - obraz nieuniknionej śmierci staje się coraz silniejszy wraz z każdym oddechem, który napełnia nozdrza wonią kakao. Wraz z każdym ziarenkiem, które znika z puszki, znika nadzieja.
Wstręt do tulipanów to piękna opowieść o człowieczeństwie, walce o najbliższych i cenie, jaką trzeba zapłacić za samo życie w cieniu wojny. O chwilach, w których człowiek traci sumienie i współczucie, byle tylko żyć, byle tylko coś zjeść - w której nie istnieją uczucia, jest tylko chęć przetrwania.

Cała powieść to fikcja literacka - prawdziwy człowiek, który wydał Annę Frank, nadal pozostaje nieznany. Autor wyobraża sobie tylko, co on musiał przeżywać - z czym się borykać i z czym żyć przez resztę życia... świadomością, że skazało się kogoś na śmierć, by samemu móc żyć.

Zachęcam do przeczytania Wstrętu do tulipanów. To napisana prostym, lecz pięknym, pełnym emocji stylem podróż w głąb samego siebie. Opowieść obrazująca najgorsze koszmary tych, którzy przeżyli II wojnę światową. O podejmowaniu ważnych decyzji i dokonywaniu najgorszych zbrodni w obronie tych, których kochamy. Polecam.

Ocena: 7/10.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Czytam literaturę amerykańską".

poniedziałek, 24 lutego 2014

Recenzja "Bezdomnej".


Tytuł: Bezdomna
Tytuł oryginału: -
Seria: -
Autor: Katarzyna Michalak
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 256
Data wydania: 3 czerwca 2013











"Boże, broń nas od przyjaciół. Z wrogami poradzimy sobie sami"

Bezdomna jest piętnastą powieścią czterdziestopięcioletniej polskiej pisarki - Katarzyny Michalak. Autorka, z wykształcenia lekarka weterynarii, zadebiutowała w 2008 roku książką Poczekajka. Znana jest jako jedna z najbardziej wszechstronych polskich pisarek - umie pisać obyczaje, fantastykę czy powieści erotyczne. Na papier przelewa swoje emocje, pisze sercem. Mieszka na mazowieckiej wsi z dwójką chłopców, cieszy się życiem i tworzy kolejną wstrząsającą historię.

"Pamiętaj, miłość jest ślepa, a ludzie przez nią głupieją"

Kinga nie ma nikogo. Żyje sama, w brudzie i głodzie, w śmietniku. Żyje życiem osoby pogardzanej, odrzucanej, nienawidzonej. Jest bezdomną żebrającą o jedzienie. Nikt nie pomyślałby, że zaledwie kilka lat temu miała wszystko - dom, pieniądze, męża, dziecko, dumę, dobre imię. Straciła to przez Aśkę - dawną kochankę swojego męża, która teraz, w święta Bożego Narodzenia, postanawia jej pomóc, która po tym, co jej zrobiła, postanawia wyciągnąć pomocną dłoń. Daje jej wszystko, czego tamta potrzebuje - schronienie, żywność, pieniądze, pracę. Daje szansę. Na co? Na nowe, lepsze życie? Kinga nie może pogodzić się z przeszłością, ciągle nawiedzają ją wizje dawnych dni. Codziennie przeżywa na nowo to, przez co spadła na dno. Czy będzie w stanie rozstać się z przerażającą przeszłością?
Aśka nie zna jeszcze bolesnej historii Kingi. Nie wie, co tamta przeszła. Może jednak zdobędzie jej zaufanie?


"Kobiety są jednak beznadziejnie głupie. Pamiętają pierwszy pocałunek, podczas gdy mężczyzna zapomniał już ostatni"

Pustka, obojętność, obojętność, rozdrażnienie, wstyd, obojętność, irytacja, obojętność.
Ta książka wiele wzbudza wiele emocji.
Szkoda, że tych, których nie chciałabym obudzić.
Czasem autorka próbowała wzbudzić moje zaciekawienie. Próbowała wywołać u mnie wzruszenie. Raz jej się to udawało, kiedy indziej - czułam zażenowanie, a jej próby okazały się kompromitujące.
Najgorsze jednak są starania sprawienia, by łzy zaczęły płynąć, by litery zamazywały mi się przed oczami. Autorka próbowała stworzyć historię, przy której nie będę mogła powstrzymać emocji, która wstrząśnie mną całą, wzruszy, przestraszy, zasmuci. Która za wszelką cenę ma sprawić, bym łkała.

Bohaterowie Bezdomnej istnieją tylko i wyłącznie na kartach powieści; żaden z nich nie znalazł swojego miejsca w moim sercu, nie utożsamiłam się z żadnym z nich. Postacie były bezbarwne. Nie słyszałam ich głosów, bicia ich serc, nie czułam żadnych emocji, gdy jeden z nich był krzywdzony, nie było mi ich żal. Zostali skonstruowani sztucznie, nieumiejętnie. Brak im było tego człowieczeństwa, nieprzewidywalności, prawdziwości.

Historia Kingi i jej malutkiej córeczki natomiast wydaje się prawdziwa, wstrząsająca, okrutna. To ona przekonała mnie, że nie warto odłożyć tej książki na półkę, że muszę ją poznać, poczuć strach towarzyszący Kindze. To ona sprawiła, że drgnęłam, że coś w sobie odkryłam, że spojrzałam na niektórych ludzi inaczej. Wciągnęła mnie, pozwoliła się w niej zatracić.

Bezdomna jest powieścią, która ukrywa w sobie interesującą, intrygującą historię, która zmusza do refleksji, porusza, ostrzega. Nie spełnia ona jednak wszystkich oczekiwań; jej bohaterowie są mdli, banalni i irytujący, a styl autorki pozostawia wiele do życzenia (nie wspominając o powtarzających się niemal bez przerwy wulgaryzmach). Książkę tę polecić mogę osobom, które lubią takie historie, którym nie przeszkadza nieco sztuczny styl pisania, dla których liczy się przekaz i tajemnica, jedyny urok tej książki, zaplątany w historię Kingi. 

Ocena: 5/10.

sobota, 21 września 2013

Recenzja książki "Ocal mnie od złego".


Tytuł: Ocal mnie od złego
Tytuł oryginału: Deliver Me from Evil
Seria: -
Autor: Alloma Gilbert
Tłumaczenie: Magdalena Filipczuk, Michał Filipczuk
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 320
Data wydania: 16 kwietnia 2012










"Jesteś nasieniem zła"

Ocal mnie od złego to książka pisana życiem. Alloma Gilbert jest jej autorką, narratorką oraz główną bohaterką. W książce opisuje trudy życia oraz tortury, jakich jej zastępcza matka, Eunice Spry, dopuszczała się w młodości małej Allomy. Opowiada o warunkach, w jakich musiała żyć, surowych zasadach, jakie narzucała jej "opiekunka" oraz drodze z piekła do normalności.
Gilbert postanowiła napisać Ocal mnie od złego po tym, jak Eunice Spry trafiła przed sąd. Jednak nadal miewa myśli, że zasługuje na wszystko, co złe, że jest dzieckiem szatana oraz, po prostu, że jest do szpiku kości zła...

"Jesteś dzieckiem szatana"


Matka Allomy chorowała, babcia wyjechała, a chociaż rodzice darzyli córkę ogromnym uczuciem, po prostu... nie dawali już rady. Więc kiedy pojawiła się pozornie miła, wykwalifikowana, kochająca dzieci "mama zastępcza", nie zastanawiali się długo...
Eunice wydawała się dobrą, uczciwą, ciepłą kobietą, której życie poświęcone było opiekowaniem się dzieci zmęczonych, strudzonych, postawionych w ciężkiej sytuacji rodziców. Pozwalała Allomie opiekować się swoimi kotami, pozwalała bawić się zabawkami, uwodziła pysznym jedzeniem oraz przytulnym domkiem. Lecz dopiero kiedy rodzice pozostawili Eunice Allomę, wszystko się zaczęło. Maska zniknęła. A Spry, z dobrej starszej pani zmieniła się w istnego diabła.
Zaczęło się od niewinnego uderzenia, klapsa w pupę, delikatnego, tak, by popamiętała. Lecz później sprawy przybrały inny obrót. Płyn do naczyń wtykany do gardła czy drewniany kij, wywołujący na skórze liczne zadrapania, guzy oraz sińce - to codzienność, z którą musiała się borykać sześcioletnia zaledwie, mała dziewczynka. Alloma dorastała w wiecznym strachu, w obawie przed bólem. A wyjaśnieniem wszystkich ran, całego bólu i cierpienia, było to, że jest zła i że zasługuje na tortury, bo jest dzieckiem szatana...

"Musisz dostać nauczkę, której nigdy, przenigdy nie zapomnisz"


Ocal mnie od złego to jedna z niewielu książek, które uświadamiają, jak ludzie potrafią być brutalni, bezwzględni i chciwi. Kiedy, podczas czytania, trzeba na chwilę przestać, by odetchnąć głęboko i otrzeć łzy, napływające do oczu. Kiedy całym umysłem zawładnia jedna myśl: "Jak można zrobić coś takiego małemu, bezbronnemu dziecku?". Kiedy uświadamiamy sobie, że nie każdy rodzic jest dobry, nie każda matka przytula się do dziecka, nie daje cukierka i całusa w czoło, gdy otrze sobie kolano. Ta książka rani, wzbudza wielkie emocje oraz otwiera oczy.
Ale smutne jest, że tylko cierpienie innych pozwala nam zobaczyć to, co niewidoczne - kroplę łzy na policzku małego dziecka, gdy za rękę prowadzi je starsza, uśmiechnięta pani. Prawda?

Powieść ta jest przygnębiająca, poruszająca i wzruszająca. Opowieść Allomy szokuje, zwłaszcza, że jest to historia prawdziwa. Głęboko zapada w pamięć. Nie jest to bynajmniej przyjemna lektura, na zimny, deszczowy wieczór, kiedy możemy zagrzebać się w kocu i wziąć do ręki książkę, mając nadzieję na poznanie nowej, ciekawej, lekkiej powieści. Warto poznać tę historię, by uświadomić sobie, że istnieją potwory czyhające w skórze ludzi, niby takich samych jak my. Że niektórym dzieciom nie staje przed oczami obraz lalek, klocków i kolorowych misiów, gdy słyszą słowo "dzieciństwo". Że dla nich "kara" to nie niewinny klaps.

Chociaż styl pisania Gilbert nie zachwyca, nie powala, to jest swobodny, przyjemny w odbiorze. Książkę czyta się szybko, łatwo.
Największym minusem za to jest nieprawdopodobne zakończenie. Wątpliwe, by coś takiego wydarzyło się naprawdę. Nie podobało mi się zupełnie. Odmieniło całe moje zdanie o książce. Pozostawiło niedosyt, głód i purpurową ze złości twarz.

I chociaż język nie jest piękny, autorka nie ma wielkiego doświadczenia literackiego, zakończenie czy  rozwój wydarzeń nie powala, to książkę uważam za udaną. Cieszę się, że mogłam poznać historię Allomy i odczuć radość na myśl, że mam co jeść, w co się ubrać i gdzie spać. "Inni walczą o to, co ty masz na wyciągnięcie ręki" odzywa się wewnętrzny głos, gdy patrzę na okładkę tej powieści.
Cieszmy się, że żyjemy. Bo inni mogliby tylko marzyć o tym, żeby umrzeć.

Ocena: 6/10.

sobota, 17 sierpnia 2013

Recenzja książki "Biała jak mleko, czerwona jak krew".


Tytuł: Biała jak mleko, czerwona jak krew
Tytuł oryginału: Bianca come il latte, rossa come il sangue
Seria: -
Autor: Alessandro D'Avenia
Tłumaczenie: Alina Pawłowska
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 312
Data wydania: 3 października 2011









"Miłość istnieje nie po to, by dać nam szczęście, ale po to, byśmy mogli sprawdzić, jak silna jest nasza odporność na ból"

Biała jak mleko, czerwona jak krew to debiut powieściowy włoskiego pisarza Alessandra D'Avenia. Autor ten napisał również drugą książkę zatytułowaną Rzecz, o której nikt nie wie, we Włoszech opublikowaną w 2011 roku. Jednak to Biała jak mleko, czerwona jak krew zdobyła światową sławę i została okrzyknięta współczesnym love story. To książkowy bestseller, który trafił do ponad dwudziestu krajów.

"Miłość jest czerwona jak krew"

Leo jest młody, śmiały, trochę bezczelny. Zawsze postawi na swoim, nie podda się bez walki. To z pozoru zwyczajny, odważny, pragnący żyć każdą chwilą chłopak. I jak każdy zwyczajny chłopak przeżywa swoją pierwszą miłość. Obiektem jego fascynacji jest Beatrice, piękna, ognistoruda dziewczyna. Jest odzwierciedleniem czerwieni, koloru miłości, koloru jutra, marzeń. Jednak, kiedy dzięki najlepszej przyjaciółce, Sylvi, błękitnej niczym morze, niebo czy przyjaźń, Leo poznaje świat Beatrice, wszystko się zmienia. Chłopak odkrywa, że dziewczyna ma białaczkę - raka krwi. Powoli staje się biała jak mleko... Biała niczym uczucie samotności, pustki, smutku czy strachu.
Co zrobi Leo? Czy będzie walczył o Beatrice? Czy stawi czoła wielu dramatycznym sytuacjom? Czy zrozumie, czym jest strach, poświęcenie, przyjaźń? Czy zrozumie, czym jest prawdziwa miłość?

"Tak to już jest na tym świecie, że nie zauważa się tego, co się ma najbliżej"

Biała jak mleko, czerwona jak krew to książka niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. Potrafi pokazać, czym jest siła miłości czy siła przyjaźni. To książka wyjątkowa. Oprócz pięknej, interesującej okładki ma w sobie tę moc, tę niezwykłą historię zwyczajnego, młodego chłopaka, który odkrywa, co to miłość i czym jest prawdziwe życie. Może powieść ta nie jest arcydziełem, może styl pisania nie jest na miarę światową, a bohaterowie nie są idealni, ale ta książka ma w sobie to coś. To coś, co jest tym czymś, co pokazuje nam to, co ukryte, sprawia, że jesteśmy jakby wrażliwsi... że jesteśmy innymi ludźmi, choć przez chwilę.

Leo wiódł normalne życie - grywał z kolegami w piłkę, kłócił się z rodzicami. Na dodatek przeżywał swoją pierwszą, czerwoną jak krew miłość. Czerwienią była Beatrice, piękna, niedostępna dziewczyna. Aż pewnego razu czerwień przybrała jakby odcień bieli... wkrótce te barwy niemal połączyły się, stworzyły jedność. To był dla Leo koniec świata.
Leo to zwykły, dorastający chłopak. Chłopak, który zdobywa sympatię czytelnika swoją oryginalnością, odwagą i charakterem. Momentami jest trochę irytujący, denerwujący, ale... jego przemyślenia, jego złote myśli, są naprawdę niezwykłe. W trakcie czytania przystawałam i zastanawiałam się, czym jest życie, śmierć, miłość, nienawiść, nadzieja, rozpacz. To książka głęboka, niosąca ze sobą duże przesłanie. Jest wzruszająca, poruszająca. Jest w niej coś pięknego.

To może książka prosta, banalna, ale jednak wyjątkowa. Przeżywamy wszystko, czego możemy się spodziewać. I sama nie wiem czemu, ale wzruszyłam się, czytając. Bo choć błyskotliwego stylu pisania nie ma, to najważniejszy w tej książce jest sens, pojęcie miłości, życia i śmierci.

Biała jak mleko, czerwona jak krew to z pewnością książka warta polecenia. Bo naprawdę warto poznać historię Leo, przeżywać razem z nim trudne chwile. I tak, jak już wspomniałam, powieść ta nie jest świetnie napisana. Ale jest za to wzruszająca, poruszająca... Magiczna.

Ocena: 6/10.

piątek, 10 maja 2013

Recenzja książki "Jutro".

Kolejna książka za mną.


Tytuł: "Jutro,
kiedy zaczęła się wojna"
Autor: John Marsden
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 272

"Niesamowite uczucie - powiedział Lee. - Świadomość, że za chwilę na zawsze odmienisz czyjeś życie".

O czym opowiada książka:

"Jutro" opowiada o wielkiej wojnie (która nazwana została przez Ellie trzecią wojną światową) i o warunkach, w których siedem przyjaciół musi żyć, by przetrwać.
Ellie i jej towarzysze wybrało się na wyprawę do Piekła. W tym czasie zaatakowano ich miasto. Gdy wrócili do rodzinnego miejsca ludzie zniknęli, a po ulicach pałętało się mnóstwo zagranicznej straży.
Od teraz oni muszą stworzyć nowe reguły, nowy świat. I pragną odzyskać najbliższych.

Kilka słów ode mnie:

Myślałam, że książka mnie powali, że bardzo mnie wciągnie, opowie coś, czego jeszcze nie znałam.
No cóż, pomyliłam się.
Fabuła była bardzo prosta, banalna, a niektóre posunięcia bohaterów po prostu głupie. Nie rozumiem, dlaczego książka tak bardzo się wszystkim podoba, gdyż ja nic w niej nie widzę.
Po kolejną część sięgnę tylko wtedy, jeśli niczego innego nie znajdę (co jest mało prawdopodobne).

Pomysł:

Pomysł był zdecydowanie najlepszy i oprócz okładki czy opisu był chyba jedyną rzeczą, która w książce mi się spodobała. Jednakże pomysł był źle wykorzystany. Autor, który umie dobrze pisać, przetworzyłby książkę w wielki bestseller.
Sama urozmaiciłabym to i owo, ale będę łaskawa i nie powiem nic więcej niż tylko to, że pomysł był genialny.

Styl pisania:

Oj, oj... Nieładnie. Cały czas widziałam słowa "wow" czy "sorry". Nie mam pojęcia, czy tłumacz nie mógł po prostu napisać "przepraszam" zamiast "sorry", czy po prostu taka była intencja Marsdena, żeby postacie posługiwały się "nowoczesnym językiem". Nie wiem i ponieważ jestem zła na "Jutro" nie chcę się dowiedzieć.
Niektóre opisy... hmm... czynności były wręcz... obrzydliwe. Przechodziły mnie ciarki, kiedy czytałam, jak zachowywały się niektóre postacie.
Och, i jak można było poświęcić aż tyle stron, aby kolejny raz Ellie rozmyślała, czy kocha jednego chłopaka, czy innego.

Postacie:

Nie polubiłam ani jednej postaci. Wszystkie były banalne i irytujące. Czasami zachowywały się żałośnie, a ich czyny były do opłakania.
I ich plany: może się uda, a może nie. No tak, przecież tego nie przemyśleliśmy i tamtego nie przemyśleliśmy... No cóż, damy radę! Trzeba wierzyć, że ktoś nas nie zastrzeli lub że nie wybuchniemy!
Według mnie wielki minus.

Okładka, tytuł, opis z tyłu (opis - KLIK):

Okładka przedstawia zwykłą dziewczynę. Nie, coś jeszcze! Chyba jeszcze jakiś tam wybuch w oddali. A mimo wszystko okładka mi się podoba.
Tytuł - "Jutro". Mhym, "kiedy zaczęła się wojna". Ciekawie! I zachęcająco.
Opis z tyłu - jak najbardziej mnie zachęcił, spodobał mi się.

Ocena: 4/10 (pomiędzy 3,5/10).