czwartek, 31 marca 2016

"Wołanie kukułki" (rec. 112)


Tytuł: Wołanie kukułki
Tytuł oryginału: The Cuckoo's Calling
Seria: Cormoran Strike (tom 1)
Autor: Robert Galbraith (J. K. Rowling)
Tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 452
Data wydania: 4 grudnia 2013











Umarli mogą mówić jedynie ustami tych, którzy nadal żyją i za pośrednictwem pozostawionych po sobie śladów.

Robert Galbraith to pseudonim J. K. Rowling, legendarnej autorki Harry'ego Pottera. Wydała pod nazwiskiem "Galbraith" swój pierwszy kryminał, Wołanie kukułki, otwierający cykl z Cormoranem Strikiem w roli głównej. Jej inną pozycją przeznaczoną dla dorosłych jest Trafny wybór wydany w Polsce w 2012 roku. Obecnie pisarka nazywa się Joanne Murray.


Lula Landry została znaleziona martwa pod oknem balkonu jej londyńskiego mieszkania. Media i dziennikarze snują domysły o przyczynie śmierci, aż wreszcie policja stawia kropkę uciszającą ich wszystkie wołania - Landry popełniła samobójstwo. Jej brat, John Bristow, nie może jednak w to uwierzyć. Zatrudnia prywatnego detektywa, Cormorana Strike'a, byłego żołnierza bez dachu nad głową, aby ustalił, co zdarzyło się w noc śmierci Luli. Strike'a czeka długa droga przez tysiące różnych wersji ostatnich chwil Landry...


Przyznam od razu - nie jestem fanką kryminałów. No, wyjątek stanowić tu może tylko twórczość A. Christie. Zazwyczaj patrzę na ich wnętrze jak na wieczną gonitwę psa (policja) i niezwykle szybkiego kota (wiadomo kto). Kryminały niemal nigdy nie pozostawiają na mojej duszy śladów wzruszenia, rozbawienia, czy jakiejkolwiek barwniejszej emocji. Zawsze wylatują z głowy po tym, jak już odkryto sprawcę tragedii i oczywiście niezbędne w takich historiach motywy. Wołanie kukułki jest inne. Może nie jest to arcydzieło pod względem rozwiązania naszej tajemnicy, prawdy, kto zabił i dlaczego (choć jest w tej książce wątek, który naprawdę niesamowicie mnie zaskoczył). Ale ten sekret jest niezwykle dopracowany, doszlifowany, przemyślany w każdym calu. To, co wydarzyło się tamtej pamiętnej nocy, kiedy Lula Landry zamilkła na wieki, jest przedstawione w szczegółach przewijających się przez całą powieść, które jednak nie pozwalają nam, czytelnikom, w pojedynkę złożyć je w spójną, sensowną całość. A kiedy wszystko wychodzi na jaw, jesteśmy zaskoczeni, jak autorce udało się ukryć prawdę na tylu płaszczyznach i pod tyloma różnymi imionami.

Nie mam pojęcia, czy jestem w tym osamotniona, ale ja już po pierwszych stronach odczułam, że mam styczność z twórczością Rowling. Styl, który tak mnie oczarował w Trafnym wyborze, powrócił. Wzbogacił każdą stronę, każdą myśl. Pióro Rowling jest według mnie idealnym kompromisem między barwnymi, wyszukanymi, typowymi dla starszych powieści opisami a lekkością i swobodą książek nowoczesnych. Widać tutaj niezwykły kunszt i talent pisarki, jej zdolność do tworzenia bardzo wiarygodnych i intrygujących historii.

Wołanie kukułki opiera się na stopniowym odkrywaniu tajemnic śmierci Luli. Cormoran jest zmuszony przeprowadzić dużo (czasem bardzo ciężkich) rozmów z osobami, które znały ofiarę lub były blisko niej, gdy wyleciała z okna. To właśnie na tych dialogach opiera się większość książki. Zeznania kolejnych osób nie zgadzają się ze sobą, wszyscy dodają kolejne, niby dobrze ukrywane przez innych drobnostki, które zaczynają mieć coraz większy wpływ na to, w jaki sposób patrzymy na sprawę. Cormoran był wielokrotnie zmuszony do wybierania między dwoma odmiennymi sądami, odrzucając fałsz zabarwiony na prawdę. Niemal zawsze towarzyszyło temu jedno pytanie - czy dobrze wybierał?
Podczas lektury czuć można było ukłucia dziwnej fascynacji, powątpiewania. Może Rowling nie udało się mnie wodzić za nos, lecz nie sądzę, żeby właśnie na tym jej zależało. Wystarczyła jej ta nuta niepewności, która ciągnęła się za mną przez całkiem długi czas, zwłaszcza kiedy akcja zbliżała się do kulminacyjnego momentu, do wyjaśnień. Wbrew pozorom odpowiedzi nie robiły się wtedy jaśniejsze. Rowling pozwoliła nam błądzić w gąszczu odpychających się i przeplatających ze sobą prawd, cały czas prowadząc do tej najprawdziwszej. Myślę, że Wołanie kukułki jest, w porównaniu do innych kryminałów, niezwykle spójne i uporządkowane, bez śladu chaosu, dziwnych, niemających znaczenia wątków, które wymyślane są tylko po to, by odciągnąć naszą uwagę, by nie przybliżyć rozwiązania tajemnicy aż za bardzo, byśmy mogli je poczuć, lecz nie dotknąć i które pozostawiają nieprzyjemne uczucie. Ten kryminał jest prawdziwym kryminałem - z prostą akcją, lecz wciąż niepozwalającym na odkrycie prawdy samemu.

Atutem tej powieści są świetnie skonstruowani bohaterowie. Główny bohater, nasz detektyw, jest bardzo wrażliwym i inteligentnym człowiekiem. Bardzo spodobały mi się wplecione w fabułę wątki jego służby w armii, gdzie stracił nogę, pełnej wzlotów i upadków miłości ze swoją narzeczoną czy nieszczęśliwego dzieciństwa. Strike oraz jego równie spostrzegawcza i sympatyczna asystentka, Robin, tworzą świetnie zgrany duet (przyjaciół!), którzy dobrze się uzupełniali i podsuwali sobie dobre pomysły związane ze śledztwem. Każdy z przesłuchiwanych przez Strike'a miał swój własny charakter, zachowania, nawet sposób mówienia. Nie do końca wiem czemu, ale zapałałam wielką sympatią do projektanta Guy Somego, jego ironicznych komentarzy i sarkastycznej postawy.

Wołanie kukułki mogę ocenić jako bardzo, bardzo dobre. Uwielbiam styl Rowling, stwarzane przez nią postacie i jej szczegółowość, perfekcyjność w planowaniu i opracowywaniu każdej drobnostki. I choć nie przepadam za kryminałami, ten naprawdę trafił w mój gust. Może nie przez sam sekret, tylko dążenie do niego, które było intrygujące, zajmujące i wzbudzające dreszczyk emocji.

Ocena: 7/10.

PS Zastanawiam się nad usunięciem ocen z moich postów. Myślę, że czytając recenzję, nie powinno się patrzeć na numerek spłycający wszystko, co zostało napisane, tylko na przemyślenia i odczucia. Co o tym sądzicie? Powinnam je usunąć?

piątek, 25 marca 2016

"Wybacz mi, Leonardzie" (rec. 111)


Tytuł: Wybacz mi, Leonardzie
Tytuł oryginału: Forgive me, Leonard Peacock
Seria: -
Autor: Matthew Quick
Tłumaczenie: Jacek Konieczny
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 408
Data wydania: 8 października 2014










Mam taką teorię, że z wiekiem tracimy zdolność do bycia szczęśliwym.

Matthew Quick jest amerykańskim autorem. Dla kariery pisarskiej porzucił posadę nauczyciela języka angielskiego. Zdobył sławę dzięki swojemu debiutowi - Poradnikowi pozytywnego myślenia, na podstawie którego nakręcono film o tym samym tytule. Dotychczas w Polsce ukazały się jego cztery powieści, m. in. Niezbędnik obserwatorów gwiazd i Prawie jak gwiazda rocka.


Dzień osiemnastych urodzin jest dla Leonarda Peacocka dniem jego śmierci. Już dawno temu opracował plan działania. Ogolić głowę. Zapakować prezenty w różowy papier. Wręczyć prezenty jedynym ludziom, którzy mieli jakikolwiek wpływ na jego życie. Zabić Ashera Beala. Zabić Leonarda Peacocka.
I koniec. Koniec wszystkiego.
W świecie Leonarda nie ma kompromisów. Wszystko jest albo białe, albo czarne. A dzień, w którym rozliczy się z przeszłością i z ludźmi, którzy go nie rozumieją, jest nieunikniony. Pif-paf!


Niezwykle przejmująca, okrutna, życiowa, mądra, ważna i piękna książka. Kolejna metafora. Kilka obrazów, kilka prostych słów, kilka wewnętrznych monologów i tysiące emocji. Po raz kolejny Quick zostawia nas bez odpowiedzi, pozwala marzyć, pozwala przewidywać i liczyć na to, że los się uśmiechnie do naszego niezrozumianego, zapomnianego przez świat bohatera. Naprawdę trudno jest trafić na jedną z tak wartościowych książek. Autor porusza w niej niezwykle ważne tematy - cierpienia, niezrozumienia, samotności, zobojętnienia, inności, chęci zaistnienia, bycia, życia. A wszystko ubrane jest w ten niemal dziecinnie prosty styl, który wprost uwielbiam. Nadaje on charakter wszystkim powieściom Quicka, wyróżnia autora spośród milionów innych. Pierwszy raz natknęłam się na wykorzystanie przypisów w sposób, w jaki zrobił to Quick - stworzenie w nich wolnych, pourywanych, lecz zgodnych z odniesieniem myśli, które bardzo często zabierały całą stronę, czasem dwie.
Książka jest jakby głową Leonarda - piękną otchłanią pełną lęków, marzeń, myśli. Spomiędzy słów wyziera autentyczność, prawdziwość emocji, które przeżywał Peacock, jego dojrzałość. Rzadko kiedy mam do czynienia z faktycznie żywym bohaterem, lecz czytając Wybacz mi, Leonardzie naprawdę miałam wrażenie, że rozmawiam z dawno niewidzianym przyjacielem.

Myślę, że mogłabym pisać o tej książce godzinami. Sama pochłonęłam ją w niesamowicie szybkim czasie. Historia Leonarda nie pozwala się od niej oderwać, nie pozwala przestać o niej myśleć. To uzależnia. Każda nowa strona była dla mnie niczym prezent, z którego cieszyłam się jak dziecko. I kiedy stron zabrakło, znowu opanował mnie smutek. Nie wiecie nawet, ile dałabym za możliwość dalszej podróży z Leonardem po ulicach wypełnionych spieszącymi się dorosłymi, możliwość przeżywania jego myśli i emocji. Wiem na pewno, że kiedyś do nich wrócę.

Postacie są skonstruowane po mistrzowsku. Główny bohater jest człowiekiem pokroju Charliego z... Charliego (The Perks of Being a Wallflower), czyli idealnym połączeniem dziecięcej nadziei i gniewu czy smutku, które należą do dorosłych. Leonard jest bardzo inteligentnym i wartościowym człowiekiem, jednakże dla otaczających go szarych, jednakowych ludzi - zwykłym świrem, kimś innym i dziwnym. Znajduje on oparcie w równie nietuzinkowych postaciach, np. w starszym, palącym niczym smok sąsiedzie, z którym Leonard kocha oglądać czarno-białe filmy z Humphreyem Bogartem w roli głównej, czy w intrygującym nauczycielu o wyjątkowo dobrym sercu. Niektóre postacie drugoplanowe pokochałam, inne znienawidziłam. Gra na emocjach udała się Quickowi bardzo dobrze.

Wybacz mi, Leonardzie jest tak naprawdę bardzo smutną książką. Ale jestem pewna, że gdyby niektóre sprawy potoczyły się inaczej, bardziej pozytywnie, powieść nie byłaby tak prawdziwa. Nie trafiłaby do mnie w takim stopniu. Ta książka to piękne przesłanie. To coś więcej niż kilka zdań i ich sens wklejony gdzieś pomiędzy słowa. To jest prawdziwe. Nie chodzi mi o wydarzenia, o historię Leonarda. Wszyscy doskonale wiemy, że jest fikcyjna. Chodzi mi o przeżycia, o smutek, strach, rozbawienie, współczucie, przygnębienie ściskające serce. To jest prawdziwe.

Wybacz mi, Leonardzie to książka zmuszająca do głębszych przemyśleń, do zastanowienia się nad jej sensem. Nie można przejść koło niej obojętnie. Mnie ona do głębi wzruszyła i bez zastanowienia mogę ją umieścić na liście moich ulubionych powieści. Zachęcam wszystkich do przeczytania. Myślę, że to jedna z najważniejszych dla mnie książek.

Ocena: 10/10.
EDIT: Ocenę po pewnym czasie z 9/10 postanowiłam zmienić na 10/10 ;)